ILUMINACI - MASONERIA - ROK 2018

Zwoje z Qumran znad Morza Martwego

Zwoje z Qumran. Zwoje znad Morza Martwego. Wiosną 1947 roku kilku beduińskich chłopców - pasterzy podczas szukania zagubionej kozy natrafili na jaskinię,a w niej gliniane dzbany zawierające hebrajskie zwoje rękopisów sprzed 2 tysięcy lat, które przeszły do historii pod nazwą zwojów znad Morza Martwego. Miejsce ich ukrycia znajdowało się na zachodnim brzegu morza, około ośmiu mil na południe od Jerycha, które należało wówczas do Jordanii. Była to jeden z najbardziej suchych regionów świata. Zwoje znad Morza Martwego wniosły do historii nowe informacje o okresie krytycznego rozwoju i krystalizowania się monoteistycznej religii dla okresu: czasów Drugiej Świątyni (520 p.n.e. - 70 n.e.), czyli od II wieku przedpiśmiennego tysiąclecia, aż do zburzenia Drugiej Świątyni. Odnalezione przez Beduinów rękopisy zostały pocięte na kawałki, po czym wysłane na jerozolimskie bazary, prawdopodobnie w nadziei sprzedania turystom. Traf chciał, że jeden z takich fragmentów wpadł w ręce handlarza staroci z Betlejem, który skontaktował się z profesorem E. L. Sukenikiem z Uniwersytetu Hebrajskiego, prosząc go o ocenienie, czy są to jakieś rzeczy wartościowe czy też falsyfikaty. Ten błyskawicznie zorientował się, że ma przed sobą coś niezwykłego i poprosił o dostarczenie mu większej ilości podobnych kawałków. Na kolejne spotkanie handlarz z Betlejem przyniósł trzy kompletne, nie rozwinięte jeszcze, zwoje ze skóry zapisane pismem starohebrajskim. Po krótkim targowaniu profesor kupił znalezisko, aby później, już na spokojnie, przyjrzeć mu się dokładniej. Gdy niezwykle ostrożnie rozłożył je w domu, okazało się, że pierwszy z nich zawierał tekst starotestamentowej księgi proroka Izajasza, drugi zaś komentarz do księgi proroka Habakuka. Trzeci okazał się najbardziej tajemniczy - stanowił bowiem nie znaną dotychczas nikomu: Księgę Wojny - apokaliptyczny opis wojny zagadkowych Synów Światłości z Synami Ciemności. Księga ta mogłaby niemal stanowić regulamin walki jakiejś starożytnej armii, wzorowany zapewne na organizacji legionów rzymskich, precyzyjnie definiujący sposób ustawienia oddziałów, ich uzbrojenie, ba - nawet szczegóły uprzęży przy zbrojach oraz wiek wymagany od żołnierzy służących w poszczególnych oddziałach. Było to pierwsze tego typu dzieło literackie znane biblistom, na tyle różne od konwencjonalnych tekstów hebrajskich, że Profesor natychmiast doszedł do wniosku, że musiał on być dziełem jakiejś bliżej nie znanej historykom sekty, odłączonej od głównego nurtu religii żydowskiej.

ZWOJE Z QUMRAN. ZWOJE ZNAD MORZA MARTWEGO

zwoje z qumran{Mosmodule module=linki}

Dokładniejsza lektura zwoju z komentarzem do księgi Habakuka potwierdziła tę hipotezę - został on z całą pewnością napisany przez członka owej sekty interpretującego starotestamentowe proroctwa z punktu widzenia jej członków. Z wyrywkowych informacji, jakie można było odnaleźć w tekście, jej założycielem był ktoś nazwany Mistrzem Sprawiedliwości, który, prześladowany przez tajemniczego Niegodziwego Kapłana, wraz ze swoimi uczniami udał się na pustynię, aby tam założyć wspólnotę żyjącą według własnych reguł, odrzucającą autorytet świątynnego establishmentu. Po dziś dzień historycy próbują ustalić, kim były te zagadkowe postacie. Na ogół uważa się, że Niegodziwy Kapłan to któryś z arcykapłanów Świątyni w czasach dynastii Hasmoneuszy, choć nie brak też innych teorii. Postać Mistrza Sprawiedliwości - założyciela sekty, pozostaje zagadką. Przerwijmy w tym momencie wątek opowieści o odkryciu pierwszych Zwojów znad Morza Martwego i cofnijmy się w czasie o pięćdziesiąt lat, do roku 1897, kiedy to uczony z Oxfordu, Salomon Szechter, zaopatrzony w listy polecające od rabinów z Wielkiej Brytanii, stanął przed starszyzną żydowską w Egipcie, prosząc o pozwolenie na przebadanie genizy w tysiącletniej synagodze Ben Ezra w Kairze. Co to takiego geniza? Zwyczaje religii żydowskiej nakazują oddawanie ogromnego szacunku księgom świętym - Biblii, tekstom liturgicznym i modlitewnikom. Gdy Zwój Tory zużyje się ze starości nie wolno go wyrzucać, lecz należy urządzić mu pogrzeb, niczym człowiekowi. W niektórych synagogach postępowano jednak w ten sposób, że wyznaczano specjalne pomieszczenie - genize, w którym składano nie używane już fragmenty książek lub pism. Z biegiem stuleci zapełniało się ono ogromną ilością papierów, do których nikt nie zaglądał. Nietrudno domyśleć się, jakie można było wśród nich odnaleźć skarby! Synagoga Ben Ezra istniała nieprzerwanie przez tysiąc lat. Jej geniza znajdowała się w pomieszczeniu bez okien, do którego wstęp prowadził po drabinie z galerii dla kobiet. Legenda mówiąca, że we wnętrzu znajduje się jadowity wąż broniący dostępu do złożonych w niej manuskryptów, sprawiła, że niewielu było ciekawskich, którzy zajrzeli do niej przed Szechterem. Przy pomocy swoich talentów dyplomatycznych (oraz trochę bakszyszu, bez którego w Egipcie niewiele da się załatwić, ani w wieku XIX, ani dzisiaj) Szechter uzyskał zgodę na przeszukanie genizy. Rzeczywistość pokazała, że legenda o chroniącym ją wężu nie była daleka od rzeczywistości - jej wnętrze okazało się pełne robactwa i pająków, a także nagromadzonego przez stulecia kurzu, który sprawił, że uczony omal się w niej nie udusił. Plon jego poszukiwań znajduje się obecnie w Oxfordzie. Pełne omówienie znalezionych przezeń dokumentów wykracza poza ramy niniejszej pracy, więc pozwolę je sobie pominąć. Jeden wszakże rękopis zasługuje na specjalną uwagę: tak zwany Dokument Damasceński.

{Mosmodule module=REKLAMA1}

Dokument Damasceński to historia opisująca dzieje jakiejś nieznanej historykom sekty żydowskiej, kierowanej przez jakiegoś - również nikomu nie znanego - Mistrza Sprawiedliwości. Dokument ten zawierał przepisy szczegółowo organizujące życie jej wyznawców, w pewnym momencie, nakazując im ucieczkę "na pustynię do Damaszku" ( to właśnie wspomniana w jego tekście "ucieczka do Damaszku" sprawiła, że zwyczajowo dokument ów zaczęto nazywać "Dokumentem Damasceńskim"), gdzie mieli zawrzeć "nowe przymierze". Szechter uznał, że ma do czynienia z jakąś tajemniczą sektą, założoną przez ludzi uważających się za jedynych spadkobierców tradycji żydowskiej. Według Dokumentu Damasceńskiego sekta ta miała powstać około roku 196 p.n.e. założona przez owego Mistrza Sprawiedliwości. Prześladowani przez kapłanów świątyni opuścili oni Judeę, udając się do "ziemi damasceńskiej", gdzie zawarli to "nowe przymierze". Mistrz Sprawiedliwości zmarł (lub został wzięty do nieba), lecz jego naśladowcy trwali w oczekiwaniu na jego powrót w czasach ostatecznych. W owych czasach na temat owej sekty nie było wiadomo nic pewnego, sam Szechter nie zaryzykował wysuwania jakiejkolwiek hipotezy. Najczęściej dzisiaj sądzi się, że sekta ta powstała w czasach panowania dynastii Hasmoneuszy. W okresie tym hierarcha świątynna uległa kompletnej korupcji, urząd arcykapłana świątyni przypadał niejednokrotnie temu, "kto dał więcej", zaś królestwem wstrząsały częste wojny domowe. W dodatku sami Hasmoneusze nie pochodzili z rodu Dawida, co w oczach wielu odbierało im prawo do tronu. W tych warunkach mogło dojść do tego, że grupa religijnych Żydów odmówiła legitymizacji tak władzy królewskiej, jak i hierarchii świątynnej. Ale wszystko to są domysły.

Po opublikowaniu Dokumentu Damasceńskiego Szechter stwierdził, że według wszelkiego prawdopodobieństwa sekta ta dysponowała również swoimi własnymi tekstami liturgicznymi oraz bardzo zwartą strukturą organizacyjną, oraz wyraził przekonanie, że być może przyszłe badania doprowadzą do zdobycia większej wiedzy na jej temat. Czas pokazał, że nie mylił się. Po odkryciu Zwojów znad Morza Martwego okazało się, że zawierają one wzmianki o owym tajemniczym Mistrzu Sprawiedliwości wspomnianym w Dokumencie Damasceńskim, oraz że reguła zakonna, odnaleziona w Qumran, przypomina tę opisaną w tym dokumencie. A na koniec - w grotach Qumran odnaleziono nowe kopie Dokumentu Damasceńskiego. Wniosek był jednoznaczny: Qumran stanowiło siedzibę sekty, której istnienie po raz pierwszy stwierdził Szechter. Można więc powiedzieć, że pierwszy fragment Zwojów znad Morza Martwego odnaleziony został w roku 1897 w starej synagodze w Kairze. Odkrycie to pociągnęło za sobą następne: w końcu znaleziono 11 jaskiń, zwoje i ówczesną osadę. Od 1947 roku, obszar ten został nazwany - Regionem Qumran. Teren pustyni został dokładnie przeszukany a osada Qumran całkowicie przekopana. Obecnie teksty ze zwojów są już opublikowane i przetłumaczone na różne języki, ale to nie zakończyło wiążących się z nimi konfliktów. Zwoje zawierają między innymi regułę, czyli przepisy organizujące życie w nieznanej wcześniej osadzie żydowskiej, która zajmowała ten teren od I wieku p.n.e. do I wieku n.e. Są tam także modlitwy i pieśni liturgiczne oraz, co najważniejsze, wszystkie księgi Biblii hebrajskiej, oprócz Księgi Estery. Wiele dokumentów jest dużo starszych od samej osady. Pięcioksiąg ze zwojów to najstarszy zachowany zapis Tory. Znajdują się na nich również liczne księgi apokryficzne, które znamy z innych źródeł. Są to jednak apokryfy żydowskie, a nie chrześcijańskie. Choć osada, której mieszkańcy przechowywali te zwoje, istniała za czasów Jezusa, nie ma w nich o nim żadnej wzmianki, tak samo jak o jakichkolwiek elementach nowej religii. Ze zwojów dowiadujemy się trochę o świecie, w którym żył Jezus. Wynika też z nich, że choć Stary Testament nie przybrał jeszcze ostatecznego kształtu, to składające się na niego święte teksty już istniały. Są w nich też fragmenty, które mówią o nadejściu Mesjasza. Dla niektórych ludzi oznacza to, że zwoje są w istocie wczesnymi tekstami chrześcijańskimi. Nie sądzę, żeby tak było. W żadnym z dotychczas przetłumaczonych dokumentów nie ma wzmianki o tym, że Mesjasz już przybył. Mowa jest w nich tylko, że nadejdzie w przyszłości w nadziei autorów jak najbliższej. Ważniejsze jest użyte w nich sformułowanie: "Syn Boży, będą mówili o nim. Synem Najwyższego będą go nazywać". Fragment ten pokazuje, że ludzie mieli już pewne wyobrażenie, jaki będzie obiecany Mesjasz.

Pierwszy dzban, który Beduin znalazł na żydowskiej pustyni zawierał siedem dużych zwojów, znajdujących się w jaskini Nr 1. Jeszcze przed założeniem państwa izraelskiego prof. E.L. Sukenik z Uniwersytetu Hebrajskiego, nabył w tajemnicy trzy takie zwoje, od chrześcijańsko-arabskiego handlarza antykami w Betlejem. Pozostałe cztery, znajdowały się w posiadaniu Mar Athanasiusa Yeshua Samuela, metropolity syryjskiego Klasztoru Jakobinów "St. Markus" w Jeruzalem. W 1949 r., poleciał on z nimi do Stanów Zjednoczonych, gdzie szukał kupca na zwoje. Po pięciu latach, nie znalazłszy kupca, opublikował (1 czerwca 1954 r.) ogłoszenie w "Wall Street Journal", w którym oferował do sprzedania "czterech zwojów znad Morza Martwego". Ktoś zwrócił uwagę na ten anons synowi prof. Sukenika - Yigaelowi Yadinowi, który mimo iż obejmował właśnie urząd szefa sztabu generalnego armii izraelskiej, rzucił swój zawód poświęcając się archeologii. Dzięki pomocy handlarzy, te cztery zwoje zakupione zostały za sumę 250 dolarów. Tym sposobem zwoje, które z powodu wojny "uciekły" z rąk ojcu Yadina, trafiły do jego syna. Część kosztów kupna, poniósł D.S. Gottesman, nowojorski filantrop, który w spadku pozostawił środki na sfinansowanie budowy "Stolarni Książek" (Introligatorni), w izraelskim Muzeum w Jeruzalem, gdzie przechowywane i opracowywane są wyjątkowe manuskrypty. Pierwszy dzban zawierał Siedem zwojów, z jaskini Nr 1, które zwiedzający mogą obejrzeć w "Stolarni Książek", to: Jesaja 1; Jesaja 2; Komentarz Habakkuk; Zwoje Dziękczynne, Kodeks Gminny, Reguły wojny (dla wojny "synów światła" przeciw "synom ciemności") i Apografy Gensis, ostatnie w języku aramejskim. Są one całkowicie rozszyfrowane i opublikowane.


Zwój Świątynny Siedem zwojów złożonych w Przybytku Księgi były początkowo jedynymi odnalezionymi w stanie kompletnym, początkowo - albowiem w nieco późniejszym okresie odnaleziono jeszcze dwa dodatkowe kompletne zwoje. Pierwszy z nich to Zwój Świątynny, nazwany tak, albowiem zawiera ogromną ilość wskazówek i nakazów dotyczących sposobu sprawowania kultu w świątyni jerozolimskiej. Na temat tego, w jaki sposób trafił on w ręce izraelskich archeologów, istnieje kilka, różniących się szczegółami, relacji. Przytoczę tu opisaną przez jego odkrywcę - Yigaela Yadina. W początku lat sześćdziesiątych, wspomniany już wcześniej arabski kupiec z Betlejem, stary znajomy profesora Sukenika, skontaktował się z jego synem - Yigaelem Yadinem - oferując mu sprzedaż - kolejnego, kompletnego zwoju. Profesor przystąpił więc do żmudnego negocjowania ceny. Ponieważ ów kupiec mieszkał w Betlejem, znajdującym się wówczas na terenie Jordanii, będącej z państwem Izrael w stanie wojny, więc rozmowy toczono za pośrednictwem pewnego amerykańskiego pastora, podróżującego pomiędzy USA, Izraelem i Betlejem. Nie trzeba tłumaczyć, że wszystko odbywało się w pełnej tajemnicy. Gdy już wydawało się, że żądaną przez handlarza cenę miliona dolarów zdołano zredukować do stu tysięcy, kupiec zerwał rozmowy i wycofał się z negocjacji, nie zwracając zresztą pobranych wcześniej zaliczek. Zarówno profesor Yadin, amerykański pośrednik oraz arabski handlarz rozstali się pełni wzajemnych pretensji. Kilka lat później, w roku 1967, wybuchła wojna sześciodniowa. Specyfiką armii izraelskiej jest fakt, że opiera się ona niemal wyłącznie na żołnierzach rezerwy, powoływanych pod broń w razie zagrożenia. Stąd też można w Izraelu często spotkać najzupełniej niepozornie i powszednio wyglądających ludzi w cywilu, wykonujących zawody lekarzy, nauczycieli lub kierowców samochodów, którzy podczas wojny przeistaczają się w pilotów samolotów myśliwskich lub dowódców wyrzutni rakiet. Profesor Yadin był z zawodu archeologiem, jednak w wojsku pełnił wysokie funkcje w sztabie generalnym. Gdy po wybuchu walk armia izraelska zdobyła Betlejem, profesor (właściwie to teraz generał) Yadin zebrał niewielki oddział żołnierzy i udał się do domu handlarza starociami. Tam - nie patyczkując się specjalnie - skonfiskował starożytny zwój i przekazał go do muzeum. Kupiec, dodajmy dla porządku, protestował i próbował później dochodzić swoich praw do znaleziska na drodze prawnej w sądach izraelskich. Odniósł zresztą połowiczny sukces. Izraelczycy musieli mu zapłacić ponad sto tysięcy dolarów odszkodowania, jednak samego zwoju nie oddali, powołując się - co ciekawe - na obowiązujący na Zachodnim Brzegu przepis prawa jordańskiego stwierdzający, że obiekty archeologiczne stanowią własność władz. W ten sposób Zwój, później nazwany Zwojem Świątynnym, trafił do Izraela. Jest to największy z zachowanych tekstów, zaś na temat jego znaczenia i interpretacji trwają po dziś dzień zaciekłe spory. Rzecz w tym, że nie bardzo wiadomo, jak należy go rozumieć oraz jakie miał on dla jego autorów znaczenie. Jego większą część zajmują teksty stanowiące parafrazę Księgi Rodzaju - tyle że napisane tak, jak gdyby opowiadał je sam Pan Bóg w pierwszej osobie (zamiast "Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię..." jest "Na początku stworzyłem..." itp.). Reszta to drobiazgowe przepisy regulujące kult w Świątyni. Uważna lektura Starego Testamentu pozwala zauważyć występujące w nim wielokrotnie odesłania do innych, dzisiaj zaginionych, ksiąg, mających zawierać przekazy historyczne, lub regulujących i precyzujących przepisy prawne. Np. w Pierwszej Księdze Królewskiej rozdz. 11 w. 41 można znaleźć wzmiankę na temat jakiejś, prawdopodobnie zaginionej, Księgi Dziejów Salomona. Podobnie zarówno w Pierwszej, jak i Drugiej Księdze Królewskiej występują liczne odniesienia do "Księgi Kronik Królów Judy" oraz "Księgi Kronik Królów Izraela", również nie zachowanych do naszych czasów. Takich przykładów można podać więcej. W tradycji rabinicznej zachowały się przekazy mówiące o tym, że opis świątyni jerozolimskiej oraz reguły na temat tego, jak ma w niej być sprawowany kult, zostały spisane w jakiejś księdze, która jednak nie dotrwała do naszych czasów i nie weszła do kanonu ksiąg biblijnych. Profesor Yadin nazwał znaleziony zwój Zwojem Świątynnym, w nawiązaniu do tej rabinicznej tradycji. Czy istotnie jest to ów zaginiony tekst, nie sposób odpowiedzieć, sam profesor Yadin w to nie wierzył, uważając raczej, że stanowi jakieś niezwykle ważne pismo sekty esseńczyków, stawiane przez nich na równi z Biblią. Inni uczeni nie zgadzają się z tym, wskazując, że w całym zbiorze znalezisk nie odczytano jeszcze nigdzie innego zachowanego fragmentu Zwoju Świątynnego - rzecz trudna do wyobrażenia, gdyby istotnie była to księga tak dla nich ważna. Pytanie, czym jest Zwój Świątynny i jakie miał on dla jego autorów - kimkolwiek by oni byli - znaczenie, pozostaje więc, jak na razie, bez odpowiedzi.

zwój miedzianyZwój Miedziany. Na koniec należy wymienić ostatni ze zwojów odnalezionych w całości - czyli tak zwany Zwój Miedziany. Jego nazwa wzięła się stąd, że w odróżnieniu od wszystkich pozostałych nie został on spisany na skórze, lecz wytłoczono go na paśmie miedzianej blachy, prawdopodobnie po to, aby zabezpieczyć go przed zniszczeniem. W rzeczywistości jednak, gdy dokument ten odnaleziono, metal był tak doszczętnie skorodowany, że nie sposób było go rozwinąć, nie ryzykując, że się nie rozsypie w pył. W efekcie na jego odczytanie trzeba było czekać kilkadziesiąt lat, podczas których specjaliści od materiałoznawstwa obmyślali metody zabezpieczenia miedzianej folii przed połamaniem. Oto paradoks dwudziestego wieku - pod wieloma względami łatwiej było wysłać astronautów na Księżyc, aniżeli rozwinąć zwój sprzed dwóch milleniów! Ostatecznie opracowanie metody jego rozwinięcia przypadło ekipie uczonych brytyjskich z Manchesteru. Gdy dokument został odczytany, wprawił historyków w zakłopotanie - nie zawierał bowiem żadnych tekstów biblijnych ani liturgicznych - lecz, ni mniej, ni więcej, listę zawierającą instrukcje, jak odnaleźć złożone w rozmaitych kryjówkach skarby! Tak, tak - skarby. Lista podawała lokalizacje kryjówek oraz ich ilość złota, które zawierały. Ponieważ nie znamy dokładnie jednostek wagi, jakimi posługiwano się w czasach biblijnych w Palestynie, trudno ocenić, ile złota złożono w owych kryjówkach; szacunki różnych historyków wahają się pomiędzy sześćdziesięcioma a stu sześćdziesięcioma tonami. Nawet jeżeli przyjąć dolną granicę, jest to bogactwo zbyt wielkie, aby mogło być ono własnością niewielkiej sekty żydowskiej. Pytanie więc brzmi: o jakich skarbach jest mowa w owym dokumencie? Istnieją dwie hipotezy tłumaczące ich pochodzenie. Pierwsza mówi, że owych "skarbów" nie należy traktować dosłownie, ich lista stanowi przenośnię, która dla autorów Zwoju miała jakiś niezrozumiały dla nas, sens metafizyczny. Hipoteza druga brzmi: Zwój Miedziany zawiera listę kryjówek, w których złożono skarby Świątyni Jerozolimskiej po wybuchu powstania przeciwko Rzymowi. Jest to hipoteza brzmiąca rozsądnie - faktycznie, kapłani mogli przewidzieć, że w razie upadku Jerozolimy skarbiec wpadnie w ręce Rzymian, stąd też zdecydowali się go ukryć zawczasu w rozrzuconych po Palestynie schowkach, których dokładna lokalizacja miała być znana tylko nielicznym wtajemniczonym i która została "na wszelki wypadek" spisana na metalowym zwoju. Po upadku Jerozolimy, Zwój ten został przez jakichś uchodźców zawleczony w okolice Qumran i tam złożony w bibliotece esseńczyków. Możliwe, że hipotezę tę należałoby połączyć z powstaniem Bar-Kochby, ale ogólnie wydaje się ona dość prawdopodobna. W dodatku teoria mówiąca, że skarby opisane w Zwoju Miedzianym stanowią skarbiec Świątyni Jerozolimskiej, może być poparta przez fakt, że jedna z wymienionych w nim kryjówek znajdowała się w domu Hakkosa. Wiadomo, że był on jednym z kapłanów świątyni i wywodził się z rodu wspomnianego jeszcze w czasach króla Salomona (1 Krn 24,10.). Po powrocie z niewoli babilońskiej ród Hakkosa pełnił rolę skarbników Świątyni, jak to można wywnioskować z fragmentów Księgi Nehemiasza i Ezdrasza (Z Ezd 8,33 wynika, że piecza nad skarbem świątynnym należała do kapłana imieniem Meremot, będącego według Neh 3,4 potomkiem Hakkosa). W dodatku Stary Testament pozwala nam zlokalizować posiadłość rodzinną tego rodu jako leżącą w dolinie Jordanu w okolicach Jerycha (Ne 3,2; 3,21; 3,22.), a więc w pobliżu Qumran. Niestety, wskazówki zawarte w tekście Zwoju Miedzianego są zbyt ogólnikowe, aby można było w oparciu o nie odnaleźć owe bogactwa. Jak dotąd, nikomu nie udało się zidentyfikować opisywanych miejsc. Osoby zainteresowane poszukiwaniem skarbów mają więc ciągle jeszcze pole do popisu - wystarczy udać się do Muzeum Archeologicznego w Ammanie, stolicy Jordanii (tam przechowywany jest obecnie Zwój Miedziany), przeczytać go dokładnie i udać się na poszukiwanie. Skarby Świątyni Jerozolimskiej czekają ciągle jeszcze na swojego odkrywcę.

zwoje znad morza martwego{Mosmodule module=linki}

Jaskinie Qumran. Na początku 1949 r. znalezisko przejęte zostało przez jordańskich urzędników. Dyrektor jordańskiego urzędu antykwarycznego G. Lankester Harding, przejął wraz z ojcem Rolandem de Vaux, francuskim mnichem dominikańskim, inicjatywę przeszukania jaskini Nr 1. Poszukiwania jaskini, która leży kilometr na północ od Qumran, zakończyły się sukcesem. Znaleziono 70 sztuk (części) połamanych manuskryptów, które należą do wymienionych wcześniej 7-miu zwojów. Odkryte zostały archeologiczne dzieła sztuki, które chronologicznie należą do ram czasowych pochodzenia zwojów, co zostało potwierdzone przez paleografów. Rezultatem przekopania pierwszej jaskini było stwierdzenie, iż nie jest to jedyna jaskinia na tym obszarze, i że znajdują się inne pieczary z podobnymi manuskryptami. Lata 1951-1956 to okres poszukiwań, w ciągu którego przekopany został teren w odległości ośmiu kilometrów. Spośród jedenastu jaskiń, w których znaleziono manuskrypty, 5 odkrytych zostało przez beduinów a 6 przez archeologów. W niektórych jaskiniach znajdowały się szczególnie bogate materiały. Na przykład w jaskini Nr 3 znaleziono dwa utlenione zwoje miedziorytowe, zawierające długą listę rzeczywistych albo wyimaginowanych informacji, które do dzisiejszego dnia są tajemnicą.Jaskinia Nr 4, zawierała 15.000 fragmentów "widoczków", z których niektóre pochodzą ze stu całościowych tekstów. Ostatnie manuskrypty, pochodzące z jaskini nr 11, odkryto w 1956 r. Były tutaj liczne dokumenty. Między innymi zwoje Psalmu, aramejski Targum - Księga Hioba, izwoje Synagogi - najdłuższy manuskrypt z Qumran, długości 29 stóp. Wszystkie te zwoje nabyte zostały w 1967 roku przez Y.Yadin'a i znajdują się razem z pozostałymi siedmioma w izraelskim Muzeum w Jeruzalem. Inne manuskrypty i bogate objętościowo teksty oraz ich małe fragmenty, przechowywane są w Muzeum Rockefellera w Jeruzalem, którego pomieszczenia należą do izraelskiego Urzędu Antykwarycznego. Są to dokumenty w większości religijne. Są to biblijne, apokryficzne albo pseudograficzne i sektyczne pisma. Studia nad tą oryginalną biblioteką wykazują, że granice między tymi kategoriami są dokładnie określone. Biblijne manuskrypty obejmują prawdopodobnie wcześniej już znane teksty. W większości księgi Biblii są ujęte w zbiorze. Niektóre księgi są odpisami, inne zachowane są tylko w częściach (połamane sztuki). Teksty biblijne podobne są do zwykłych, tradycyjny ch tekstów. Nie jest to jednak regułą w każdym przypadku. Np. Księgi Samuela, które znaleziono w jaskini Nr 4, to Septuaginta, czyli grecka wersja Biblii, która przetłumaczona została w II i III w. p.n.e. W Qumran znaleziony został jej odpis. Zwoje biblijne pozwoliły dzięki licznym dodatkowym informacjom na ułatwienie rekonstrukcji historycznych tekstów Starego Testamentu. Duże znaczenie mają i inne biblijne manuskrypty, przede wszystkim Zwój-Leviticus, który spisany jest nie ówczesnym pismem żydowskim, lecz prastarym, paleohebrajskim. Znaczna liczba apokryficznych i pseudoepigraficznych tekstów z Qumran, to wersje żydowskich kompozycji, które są oryginałami hebrajskimi i aramejskimi. Pisma nienależące do żydowskich, zostały przejęte przez różnorodne kościoły i przetłumaczone m.in. na języki: grecki, etiopski, syryjski i aramejski. Większość tekstów ma biblijną kompozycję, jak np. Księga Jubileuszy i Księga Hanoch. Inaczej skomponowane są niezależne dzieła tj. "Tobit" i "Ben Sira". Najbardziej oryginalne grupy pism z Qumran, to teksty sekty, które praktycznie aż do ich odkrycia w 1947 roku nie były znane. Spisywane były one wg pewnego kanonu, przyjętego przez sektę. Wyjątek stanowi wcześniej poznany dokument z Damaszku ("Damaszku-Przymierze"). Brakowało jednak definitywnej identyfikacji, iż kopia tego dzieła nad Morzem Martwym została znaleziona. Literatura ukazuje religię i zwyczaje osady, której centrum znajdowało się prawdopodobnie w Qumran, zachowane zostały komentarze do Biblii, wizje apokaliptyczne i dzieła liturgiczne, które datowane są na ostatnie dwadzieścia pięć lat II w. p.n.e. i później. Reguły - to zbiór zasad, zwyczajów osady, świadectwo znacznego prawnego materiału (Hala-chah), który ma dużo wspólnego z historią Rabinów. Pamiątki (dokumenty) biblijnych komentarzy (Pescharim), tj.: Habakkuk i Hosea - Komentarz, są związane z Qumran i rozwijają eschatologię, tzn. naukę o życiu pozagrobowym sekty. Pisma święte były poszukiwaniem aluzji do ówczesnych przyszłych wypadków, które mogły być rozpoznawalne tylko dla ludzi sekty, gdyż oni tylko mają "oczy jasnowidzów" - eschatologiczna wizja. Liturgiczne dzieła sektyńskich manuskryptów (przede wszystkim modlitwy), odgrywają duży wpływ dla poznania epoki. Psalm dziękczynny Hadajot ma dwojaki charakter: napisany dla osoby, tzw. "nauczyciela sprawiedliwości", lub wspólnoty, która jest jedną grupą.

{Mosmodule module=REKLAMA1}

Qumran ? pochodzenie, klasztor. Ekspedycje kierowane przez Rolanda de Vaux odnalazły nad Morzem Martwym nie tylko fragmenty rękopisów, lecz również na pagórku Kchirbet Qumran ruiny budowli przypominającej klasztor oraz przylegające doń cmentarzysko. Szczegółowe badania pozwoliły ustalić, że w okresie od II wieku p.n.e. do mniej więcej drugiej połowy I wieku n.e. okolicę tę zamieszkiwała wspólnota, której organizacja i tryb życia do złudzenia przypominać by mogła chrześcijański klasztor. Ojciec de Vaux stwierdził konieczność identyfikacji osady w pobliżu jaskini. Odkopanie śladów takiego państewka, pozwoliłoby na rozpoznanie ludzi, którzy przechowywali tutaj zwoje. Ruiny Qumran położone są na płaskowyżu, między kamienistymi, ostrymi skała mi, rafami żydowskiej pustyni i korytem Morza Martwego. Prace wykopaliskowe odbywały się w kompleksie budowli skalnych, 80 x 100 metrów. Badania nie wykazały śladów żadnej osady. Znaleziono jednakże prastary cmentarz z grobami. Gliniane dzbanki, które odnaleziono dodatkowo przy pracach wykopaliskowych, były identyczne w każdej z 11 jaskiń i potwierdzają bezpośrednie związki z otoczeniem i środowiskiem. Po zakończeniu pierwszych przeszukiwań, De Vaux przypuszczał, że to pustkowie musiało być miejscem schronienia, robiąc aluzję do pism historyków z czasów antyku, kiedy to mówiono o sektach "Essnerów". Członkowie sekty mogli mieszkać w otaczających teren jaskiniach, namiotach i budowlach, musiałoby to jednakże być potwierdzone innymi towarzyszącymi urządzeniami, takimi jak: miejsca do przechowywania prowiantu i wody. Wykopy, przeprowadzone w 1956 i 1958 r., w sąsiednim państewku Fehskha, udowodniły, że była to osada o gospodarczo-rolniczym charakterze. Archeologiczne i historyczne dowody wykazują, iż osada Qumran założona została w 2-giej poł. III w. - przed pojawieniem się pisma, w czasie panowania dynastii Machabeuszy. Miejsce to ma ogromną lukę czasową w jego zamieszkaniu, co spowodowane było trzęsieniami ziemi na tym terenie. Qumran opuszczone zostało całkowicie w okresie ataków rzymskich, w 68r. n.e., dwa lata przed rozpadem żydowskiej administracji i zburzeniu świątyni w Jeruzalem w 70 r.n.e. Przypomniano sobie wówczas o wzmiankach poczynionych przez starożytnych historyków na temat sekty esseńczyków i zaczęto wysuwać hipotezy mówiące, iż zarówno zwoje znalezione w jaskiniach, jak i ruiny klasztoru w Qumran stanowią pozostałości siedziby tej właśnie sekty. Myślę, że warto w tym miejscu przypomnieć to, co wiadomo nam na ich temat. Aż do odkryć nad Morzem Martwym naszymi jedynymi źródłami informacji o nich byli Pliniusz Starszy oraz żydowscy historycy Filon z Aleksandrii i Józef Flawiusz. Ten ostatni w swoim monumentalnym dziele Starożytności żydowskie pisze: "W owym czasie istniały trzy sekty Żydów, różniące się opinią na temat wolności ludzkiego działania. Pierwsza z nich zwana sektą faryzeuszy, druga saduceuszy, trzecia zaś esseńczyków. Co się tyczy faryzeuszy - twierdzą oni, iż niektóre z ludzkich czynów, lecz nie wszystkie, są skutkiem przeznaczenia, inne zaś zależne od naszej własnej woli, toteż choć jesteśmy poddani losowi, częściowo też jesteśmy własnego losu panami. Jednak sekta esseńczyków uważa, że przeznaczenie wyłącznie rządzi losem człowieka i nic, co go spotyka, nie jest od niego zależne. Co się tyczy Saduceuszy, odrzucają oni los twierdząc, że nie istnieje nic takiego, oraz że jesteśmy odpowiedzialni za to, co nas spotyka, tak iż sami przynosimy sobie powodzenie, i sami też ponosimy karę za nasze błędy, jakich się dopuszczamy". - Starożytności żydowskie, księga 13, rozdz. 5, par.9. Nie trzeba być specjalnie biegłym w filozofii, aby zorientować się, iż takie przedstawienie różnic pomiędzy sektami żydowskimi było podyktowane faktem, iż Józef Flawiusz pisał swoją historię dla czytelnika wychowanego w kręgu kultury greckiej, dla którego subtelne rozważania nad rolą wolnej woli oraz determinizmem świata stanowiły coś zrozumiałego w przeciwieństwie do mętnych kwestii interpretacji prawa mojżeszowego. Najprawdopodobniej uznał on, że przedstawiając w ten sposób saduceuszy, faryzeuszy oraz esseńczyków sprawi, iż czytelnik dojdzie do wniosku, że stanowią oni li tylko lokalną odmianę szkół Demokryta, Platona czy Arystotelesa. Jest to oczywiście pogląd bardzo uproszczony, jednak owe nastawienie na czytelnika greckiego lub przynajmniej w greckiej kulturze obeznanego jest u Flawiusza dość ewidentne, ilekroć pisze on o esseńczykach: "Ich doktryna jest następująca: Ciała podlegają rozkładowi, zaś materia, z której są stworzone, nie jest wieczna, w przeciwieństwie do duszy, która jest nieśmiertelna i trwać będzie na zawsze. Stworzona zaś jest ona z najbardziej delikatnego powietrza, połączona zaś jest z ciałem niczym w więzieniu (...), lecz kiedy zostaje wyzwolona z więzów ciała, wznosi się do góry. I podobnie, jak też sądzą Grecy, że dobre dusze mają swoje miejsca zamieszkania za oceanem, w krajach, które nie są nawiedzane przez burze i deszcze czy śnieg, ani też dokuczliwe upały, lecz jest owiewane orzeźwiającym zachodnim wiatrem, który nieustannie wieje od oceanu; podczas gdy złe dusze zsyłane są do rozświetlanej błyskawicami pieczary, gdzie poddane są nigdy nie ustającym cierpieniom".- Józef Flawiusz, Wojna żydowska, księga 2, rozdz. 8, par. 11. Brzmi to dość podobnie do nauk chrześcijańskich, nic więc dziwnego, że wielu badaczy zaczęło wysuwać hipotezy, że chrześcijaństwo założone zostało przez członków tej sekty. Dzięki Józefowi Flawiuszowi znamy też niektóre z ich zwyczajów: "Co się zaś tyczy ich wiary, to jest ona bardzo głęboka, gdyż przed wschodem Słońca nie mówią ani słowa o sprawach przyziemnych, lecz najpierw odmawiają specjalne modlitwy, które zostały im przekazane przez przodków, jak gdyby zanosili do niego prośby o wzejście. Po tym są rozsyłani przez swoich przełożonych do wykonywania prac, każdy takiej, do jakiej jest wyuczony, aż do godziny czwartej. Po tym czasie gromadzą się razem i, przebrawszy w białe stroje, poddają obmyciom w zimnej wodzie. Dokonawszy tych oczyszczeń, udają się do (...) pomieszczenia służącego za jadalnię, do którego nie dopuszczają nikogo obcego, gdzie wchodzą niczym do jakiejś świątyni i w porządku zasiadają, po czym piekarz składa bochenki chleba przed nimi, zaś kucharz wręcza każdemu po jednym kawałku potrawy. Nie wolno im jednak niczego jeść, dopóki kapłan nie wygłosi błogosławieństwa przed posiłkiem. Ten sam kapłan odmawia błogosławieństwo, gdy zakończą jeść. Na początku i na końcu posiłku wysławiają Boga jako tego, który zesłał pożywienie, które spożywają, po czym zdejmują białe szaty i udają się ponownie do swoich zajęć, z których wracają w czasie kolacji spożywanej w podobny sposób. Co więcej, są oni bardziej pedantyczni od innych Żydów, jeżeli chodzi o powstrzymywanie się od pracy w dniu siódmym, gdyż nie tylko przygotowują swoje jedzenie dzień wcześniej, nie mogą rozpalać ognia w tym dniu, ale również nie przestawią żadnego przedmiotu z jego miejsca, ani też go na nim nie położą." - Józef Flawiusz, Wojna żydowska, księga 2, rozdz. 8, par. 11.

Zanim przystąpimy do rozważań na temat hipotetycznych związków pomiędzy esseńczykami a chrześcijaństwem, powinniśmy sobie uporządkować posiadaną wiedzę. Po pierwsze - wiemy, że w starożytności istniała sekta esseńczyków, o której pewne fragmentaryczne informacje znajdujemy we wspomnianych już księgach Józefa Flawiusza. Po drugie - wiemy także, że nad Morzem Martwym, w miejscowości Kchirbet Qumran archeolodzy odnaleźli ruiny zespołu budynków przypominające klasztor. Ustalono, że muszą one pochodzić z początku naszej ery - gdyż na terenie ruin znaleziono monety, dzięki czemu można było dość precyzyjnie określić czas, w którym klasztor był zamieszkały. I na koniec - wiemy także, że w jaskiniach w pobliżu ruin odnaleziono ukryte zwoje z tekstami biblijnymi pochodzące z tych samych czasów. Zatem kim byli mieszkańcy Qumran? Pytanie, jakie się narzuca, brzmi: czy te trzy fakty są powiązane? Innymi słowy - czy zwoje znalezione w jaskiniach zostały tam ukryte przez mieszkańców klasztoru Kchirbet Qumran oraz czy istnieją dowody, że mieszkańcy tego klasztoru to właśnie esseńczycy wspominani przez Flawiusza. Jak się okazuje, w tych kwestiach nie ma jednomyślności wśród badaczy. Problem pierwszy - czy zwoje znalezione w jaskiniach były własnością mnichów z Qumran - kimkolwiek by oni nie byli, budzi na ogół mniej kontrowersji. Koronnym argumentem, przemawiającym za tym, że to właśnie mieszkańcy klasztoru byli ich autorami, jest fakt, że wśród zwojów znajduje się między innymi tekst klasztornej reguły regulujący życie wspólnoty mnichów. Jest tam mowa o rytualnych obmyciach w specjalnie do tego celu przeznaczonych łaźniach - dokładnie takich, jakie odkopano w Qumran. Hipoteza, że to właśnie reguła tego klasztoru została odnaleziona w jaskiniach, wydaje się więc całkiem prawdopodobna. Drugi z argumentów ma charakter zdroworozsądkowy - jeżeli to nie mnisi z Qumran byli autorami zwojów, to kto? Jaskinie, w których zabezpieczone zostały rękopisy, są widoczne z terenu ruin klasztoru; przypuszczenie, że zostały ukryte przez jego mieszkańców, jest więc dość naturalne. O ile jednak przypisanie autorstwa zwojów wspólnocie klasztornej z Qumran na ogół nie budzi wątpliwości uczonych, to jednak kwestia - czy jego mieszkańcy byli przedstawicielami sekty esseńczyków, wspominanej przez Józefa Flawiusza, budzi sporo kontrowersji. Wymieńmy tu kilka argumentów wysuwanych na poparcie tezy, iż esseńczycy oraz wspólnota z Qumran to dwie różne sekty. Po pierwsze - na cmentarzysku w Qumran odnaleziono kilka szkieletów kobiet, mimo iż esseńczycy żyli w celibacie. To jednak, jak się wydaje, nie jest całkowicie przekonywający argument - sam Józef Flawiusz, opisując ich zwyczaje, stwierdził co prawda, że "(Esseńczycy) lekceważą instytucję małżeństwa i zamiast niej wybierają cudze dzieci, gdy są jeszcze zdatne do nauki i, uważając je za swoje własne, uczą je życia według swoich zwyczajów. (...) Nie negują co prawda całkowicie wartości małżeństwa i wynikającej z niego ciągłości ludzkości (...), uważają jednak, że żadna z kobiet nie dochowa wierności jednemu mężczyźnie." W innym jednak miejscu dodał:" (...) jest też inny odłam esseńczyków, różniący się od pozostałych w jednej tylko kwestii, a mianowicie w poglądach na małżeństwo. Uważają oni, że nie żeniąc się, odrzucają najważniejszą część ludzkiego życia, jaką jest sukcesja, oraz że gdyby cała ludzkość miała to samo zdanie (w kwestii małżeństwa co reszta esseńczyków) rodzaj ludzki musiałby wymrzeć. Jednakże wypróbowują swoje przyszłe żony uprzednio przez trzy lata, czy mają okres często, aby upewnić się, że będą płodne, dopiero później żenią się z nimi. Jednak nie przebywają ze swoimi żonami, gdy te już urodzą dziecko, aby w ten sposób pokazać, że nie żenią się dla przyjemności, ale dla dobra przyszłych pokoleń" - Józef Flawiusz, Wojna żydowska, księga 2, rozdz. 8, par. 11, w. 2 i 13. Jak widać, obecność kobiecych szkieletów na cmentarzu w Qumran jest do pogodzenia z teorią przypisującą wybudowanie tamtejszego klasztoru esseńczykom. De Vaux, archeolog, który odnalazł omawiane ruiny, stwierdza w dodatku, iż wszystkie szkielety kobiet znajdowały się w pobocznych częściach cmentarza, dołączonych do niego w późniejszym okresie, co sugeruje, że nawet jeżeli były one członkami sekty, to musiały mieć w nim status niższy niż mężczyźni - dokładnie tak, jak można to wywnioskować z przytoczonego wyżej tekstu Flawiusza. Trudniejszy do odparcia jest zarzut drugi. Oto bowiem, jak stwierdza Józef Flawiusz: "Nie należy do nich żadne specjalne miasto, lecz wielu z nich mieszka w każdym z miast. Gdy zaś ktoś z ich sekty przyjdzie z innego miejsca, co do nich należy, jest także do jego dyspozycji (...). Z tego też powodu nie biorą nic ze sobą, gdy podróżują w odległe strony, z wyjątkiem broni, z obawy przed złodziejami." - Józef Flawiusz, Wojna żydowska, księga 2, rozdz. 8, par. 11, w. 2 i 13. Skoro esseńczycy mieszkali w miastach wśród innych ludzi, toteż nie pasują oni do wspólnoty mnichów z Qumran, żyjącej we własnej samowystarczalnej osadzie i unikającej kontaktów z otoczeniem. Na szczęście drugi z historyków, dzięki któremu zawdzięczamy informacje o esseńczykach, Pliniusz Starszy, w swojej Historii Naturalnej wspomniał o tym, że poniżej ich głównego centrum znajduje się oaza Ein-Gedi. Jest to dość nieprecyzyjne - Ein-Gedi leży ponad trzydzieści kilometrów od Qumran, jeżeli jednak przyjąć, że miał on na myśli poniżej - gdyby iść wzdłuż biegu Jordanu - czyli na Południe, to jego informacja może wskazywać na Qumran. W dodatku w okolicach Ein-Gedi nie odnaleziono niczego, co można by uznać za osadę esseńczyków. No i argument ostateczny - skala odległości w Palestynie jest inna niż gdzie indziej. W Palestynie 30 kilometrów to bardzo daleko, jednak z perspektywy człowieka piszącego w Rzymie to tyle, co nic. Stąd też stwierdzenie, że esseńczycy żyli w okolicy Ein-Gedi, wydaje się usprawiedliwione. Jest jeszcze trzeci argument przytaczany przez krytyków za utożsamianiem wspólnoty z Qumran z esseńczykami. Jak bowiem stwierdza Józef Flawiusz:"Ci ludzie nienawidzą bogactwa (...). Nie ma wśród nich takiego, który posiadałby więcej niż inni, gdyż wyznają zasadę, że każdy, kto chce się do nich dołączyć, musi wszystko, co ma, oddać wspólnocie. (...) Nie kupują niczego od siebie nawzajem, lecz każdy daje innym to, co potrzebują, i sam otrzymuje od innych w zamian to, co jemu jest potrzebne". -Józef Flawiusz, Wojna żydowska, księga 2, rozdz. 8, par. 11, w. 2 i 13. To, że esseńczycy nie uznawali pieniądza potwierdzają też inni historycy - tymczasem w ruinach Qumran odnaleziono monety. Jak to wytłumaczyć?

Roland de Vaux wysunął hipotezę mówiącą, że co prawda esseńczycy praktykowali wspólnotę majątkową i nie używali pieniędzy, jednak jako sekta posiadali spore bogactwo, którego administrowaniem zajmowała się ich starszyzna. Inne możliwe wytłumaczenia obecności monet w Qumran wiążą się ze zburzeniem klasztoru przez Rzymian - być może po prostu zostały tam przyniesione przez legionistów. Koniec końców, większość uczonych wydaje się przyjmować, choćby z braku lepszej alternatywy, że Qumran to siedziba esseńczyków, oraz że zwoje znalezione w tamtej okolicy zostały spisane przez członków tej właśnie sekty. Proponuję więc, abyśmy i my przyjęli tę hipotezę, i od tej pory będę używał terminów "esseńczycy", "mieszkańcy Qumran" oraz "autorzy zwojów znad Morza Martwego" wymiennie. I tak oto docieramy do najciekawszej kwestii: czy esseńczycy byli prekursorami chrześcijaństwa, czy też stanowili tylko boczną, dzisiaj wymarłą, odrośl religii żydowskiej? Jest to temat gorący, żeby nie powiedzieć wybuchowy. Aby odpowiedzieć na to pytanie w sposób rozstrzygający, należy przestudiować wszystkie znane nam fragmenty pism esseńczyków. Niestety, nadal, pomimo upływu blisko pięćdziesięciu lat od początku odkryć, znaczna część ogromnej kolekcji zgromadzonej w Muzeum Rockefellera w Jerozolimie nie została opublikowana. Zanim zaczniemy porównywać doktrynę esseńczyków z naukami Jezusa z Nazaretu, przypomnijmy postać Jana Chrzciciela, proroka, który zapowiedział Jego przyjście. Pewne skąpe informacje na jego temat znajdujemy w Ewangeliach. Wiemy, że był krewnym Jezusa oraz Jego niemal rówieśnikiem. Wiemy też, że udał się na pustynię judzką i tam nauczał, zdobywając wielu uczniów, którzy później go opuścili, przyłączając się do Jezusa, którego on ochrzcił. Wiemy też, że w okresie późniejszym został ścięty z rozkazu Heroda. Jan Chrzciciel jest z całą pewnością postacią historyczną - wspomina o nim Józef Flawiusz, który, opisując jedną z klęsk poniesionych przez Heroda w wojnie z Arabami, uczynił taką wzmiankę:"(...) wielu Żydów sądziło, że zniszczenie armii Heroda było dziełem Boga jako sprawiedliwa kara za to, co uczynił z Janem zwanym Chrzcicielem, którego Herod zamordował. Był on dobrym człowiekiem i nakazywał Żydom praktykować cnotę zarówno w prawości w stosunku do siebie nawzajem, jak i w oddaniu Bogu."- Józef Flawiusz, Starożytności żydowskie, księga 18, rozdz. 5, par. 2. Informacje Józefa Flawiusza na temat okoliczności śmierci Jana Chrzciciela mniej więcej pokrywają się z tym, co możemy przeczytać w Ewangeliach. Co jeszcze mówią nam one na temat Jana Chrzciciela? Mateusz opowiada o nim, że: "...głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie. (...) Nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza oraz miód leśny" (Mt 3,1-4). Taki opis Jana - surowego ascety, żyjącego na pustyni - może sugerować, iż był on członkiem sekty esseńczyków. Czy jednak istnieją na to jakieś dowody?

Nowy Testament nie wspomina o esseńczykach ani razu, co oznacza, że zdani jesteśmy na domysły. Spróbujmy jednak podsumować to, co wiemy o Janie Chrzcicielu i porównać ze znanymi nam faktami na temat wspólnoty z Qumran. Wiemy, że ochrzcił Jezusa w Jordanie na pustyni judzkiej. Rzut oka na mapę pozwala nam przekonać się, że musiało mieć to miejsce gdzieś w dolnym biegu rzeki, w pobliżu jej ujścia do Morza Martwego - tam zresztą chrześcijańska tradycja po dziś dzień umieszcza miejsce chrztu. Skoro tak, to oznacza, że Jan Chrzciciel mieszkał i nauczał w okolicy oddalonej od Qumran o zaledwie kilka kilometrów. Jest niemal oczywiste, że o sekcie esseńczyków musiał wiedzieć lub nawet zetknął się z nią osobiście, choć rzecz jasna nie stanowi to dowodu, że sam był jej członkiem ani też, że w jakimś stopniu znajdował się pod wpływem jej nauk. Aby odpowiedzieć na pytanie czy Jan był esseńczykiem, musielibyśmy porównać treść jego nauczania z doktryną mnichów z Qumran. Nie jest to łatwe, zważywszy że Ewangelie przekazały nam tylko wyrywki z jego mów. Pytały go tłumy: "Cóż mamy czynić?" On im odpowiadał: "Kto ma dwie suknie, niech (jedną) da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni" (Łk 3,10-11). Proszę przypomnieć sobie, że esseńczycy utrzymywali wspólnotę majątkową. Czyż powyższy fragment nie wskazuje, ze Jan znał, a przynajmniej akceptował tę część ich reguły? Oczywiście - wezwanie do troski o biedniejszych od nas, tak bowiem można interpretować powyższy cytat, nie stanowi jeszcze wezwania do wprowadzenia wspólnoty dóbr, toteż traktowanie tego zdania jako dowodu na to, że Jan był esseńczykiem, jest chyba interpretacją idącą zbyt daleko. Ponadto następne zdania z Ewangelii Łukasza brzmią:

Przychodzili także celnicy, aby przyjąć chrzest i pytali go: "Nauczycielu, co mamy czynić?" On im odpowiadał: "Nie pobierajcie nic ponad to, co zostało wam wyznaczone". Pytali go też i żołnierze: "A my, co mamy czynić?" On im odpowiadał: "Nad nikim się nie znęcajcie, ani nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie" (Łk 3,12-14). Nie są to słowa kogoś, kto wzywa ludzi do porzucenia miast i udania się na pustynię. Proszę pamiętać, że esseńczycy nie uznawali pieniądza - tymczasem Jan nie potępia celników ani żołnierzy za sam fakt posługiwania się nim, lecz jedynie za nadużycia, jakich się dopuszczali. Wiemy, że Jan Chrzciciel udzielał ludziom chrztu, wiemy też, że istotną część doktryny esseńczyków stanowiły przepisy dotyczące rytualnych oczyszczeń. Czy nie stanowi to wskazówki sugerującej, iż Jan był esseńczykiem? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Rytualne obmycia przy różnych okazjach zostały nakazane Żydom przez Mojżesza i stanowiły wynalazki esseńczyków. Idea chrztu nie musi więc mieć wcale związku z esseńczykami.

Inny fragment wypowiedzi Jana Chrzciciela znajdujemy w Ewangelii Jana: "Gdy Żydzi wysłali z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem (...) "Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?" Odpowiedział: "Jam głos wołającego na pustyni - Prostujcie drogę Pańską" (J 1,19-23). Porównajmy ten fragment z tekstem reguły klasztornej z Qumran: "Gdy zaś utworzą wspólnotę w Izraelu opartą na tych regułach, winni zostać oddzieleni spośród ludzi zła i udać się na pustynię przygotować Jego drogi, tak jak zostało napisane: Na pustyni przygotujcie drogę Pańską, prostujcie na pustyni ścieżki dla naszego Boga." Podobieństwo odpowiedzi Jana do reguły esseńczyków jest uderzające - jednak wbrew pozorom nadal nie stanowi ono przekonującego dowodu na to, że był on esseńczykiem - zarówno bowiem Jan, jak i reguła Qumran cytują fragment księgi proroka Izajasza - powszechnie znanej i czytanej przez Żydów w owych czasach.

A czy Jezus był (lub nie był) esseńczykiem? Temat ten stanowi dziś źródło licznych polemik. Z jednej bowiem strony trudno nie zauważyć daleko idącego podobieństwa zwyczajów esseńczyków i pierwszych gmin chrześcijańskich. Jedne i drugie uznawały wspólnotę majątkową. Wspólne posiłki mnichów z Qumran nasuwają analogię ze wspólnymi ucztami chrześcijan upamiętniających nimi Ostatnią Wieczerzę. Dodajmy do tego inne podobieństwa między regułą esseńczyków a naukami Jezusa, na przykład zestawmy następujący przekaz Józefa Flawiusza: "Odmawiają oni składania przysiąg, uważając je za rzecz gorszą od krzywoprzysięstwa, gdyż ich zdaniem ludzie, którym nie można ufać bez przysięgi na Boga, są już teraz potępieni"- Wojna żydowska, zgodnie z wypowiedzią Jezusa: "Słyszeliście, że powiedziano przodkom "nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz przysięgi". A ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie - ani na ziemię, bo jest tronem Bożym, ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz ani jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak, nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi" (Mt 5,33-37). Czyż nie może być to wskazówka, iż Jezus był esseńczykiem? Wydaje się jednak, iż jest to hipoteza nie do obronienia, jeżeli przypomnimy sobie, że Józef Flawiusz pisze, iż esseńczycy byli jeszcze bardziej rygorystyczni w przestrzeganiu szabatu niż pozostali Żydzi, zaś jak wiemy, kwestia przestrzegania sobotniego odpoczynku była jedną z głównych kwestii spornych pomiędzy Jezusem a faryzeuszami. Drobna z pozoru sprawa łuskania kłosów w szabat przez uczniów stała się przyczyną ataków przeciwko niemu - i co istotne - Jezus bronił zachowania swoich uczniów. Raz zdarzyło mu się nawet wypowiedzieć zdanie: "To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu" (Mk 2,26), które według prawdopodobieństwa dyskwalifikowałoby go jako esseńczyka. Tak więc na pytanie Czy Jezus był esseńczykiem? odpowiedzieć musimy jednoznacznie - nie. Yigael Yadin, wspomniany już wcześniej archeolog izraelski, poszedł nawet nieco dalej. Zwrócił on bowiem uwagę na dość dziwny fakt: esseńczycy nie są nigdzie wspomniani w Nowym Testamencie. Co więcej - i to już jest znacznie bardziej podejrzane: nic na ich temat nie wspominają pisma rabiniczne z owych czasów. Zupełnie jak gdyby owa sekta w ogóle nie istniała. Dodajmy też, że nazwa "esseńczycy" jest pochodzenia greckiego i występuje w relacjach Józefa Flawiusza - natomiast nigdzie nie pojawia się w pismach samych esseńczyków! Nie wiemy, jakim mianem nazywano ich w języku hebrajskim, ani jak oni sami się określali. Czy może więc być tak, że esseńczycy są wspominani w Nowym Testamencie implicite, bez nazywania ich po imieniu? Yigael Yadin przypomniał, że według przekazu Flawiusza esseńczycy cieszyli się przychylnością Heroda - Starożytności żydowskie, księga 15, rozdz. 10, par. 5. Stąd prosta droga do przypuszczenia, że część polemik pomiędzy Jezusem a zwolennikami Heroda, wspomnianych w Ewangeliach, to w istocie rzeczy polemiki Jezusa z esseńczykami. Mało tego, Yigael Yadin doszukał się w zagadkowym zdaniu Jezusa "Uważajcie, strzeżcie się kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda" (Mk 8,15) zawoalowanego ataku przeciwko członkom owej sekty. Rzecz w tym, że częścią rytuału Świątyni (tzn. faryzeuszów) było składanie na ołtarzu dwunastu chlebów pokładnych później spożywanych przez kapłanów. Podobny zwyczaj esseńczyków opisany jest w Zwoju Świątynnym, gdzie stanowi ważną część obchodów uroczystości upamiętniających wyświęcenie kapłanów (było ono obchodzone przez esseńczyków, nie uznawane przez pozostałych Żydów). Być może więc, mówiąc o "kwasie Heroda", Jezus dokonywał jakiejś nie zrozumiałej dla nas aluzji do ich zwyczajów. Specjaliści nie są przekonani co do słuszności hipotezy Yadina, zresztą istotnie spoczywa ona na zbyt wielu przypuszczeniach. Nieco bardziej prawdopodobnie wygląda inny (hipotetyczny) atak Jezusa przeciwko esseńczykom. Oto w Kazaniu na Górze stwierdza on: "Słyszeliście, że powiedziano "Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził". A ja wam powiadam: miłujcie nieprzyjaciół waszych"(Mt 5,43-44). Nakaz miłości bliźniego pochodzi ze Starego Testamentu, natomiast nigdzie nie występuje w nim owa druga część zdania " nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził". Na ogół sądzi się, że Jezus krytykuje tu potoczną nadinterpretację Prawa, która dopisała ów nakaz. Można jednak spojrzeć na sprawę inaczej. W regułach sekty Qumrańskiej znaleziono tekst przysięgi, jaką składać musiał przyjmowany do niej nowicjusz. Musiał w niej zobowiązać się do miłowania "Synów Światłości" i nienawidzenia "Synów Ciemności". Czy może to oznaczać, że ten fragment Kazania na Górze jest w istocie polemiką Jezusa z esseńczykami? Być może, choć oczywiście pewności co do tego najprawdopodobniej nie będziemy mieli nigdy. W każdym razie Yigael Yadin był przekonany: Jezus esseńczykiem nie był, był - antyesseńczykiem.

Czy w takim razie pierwsze gminy chrześcijańskie mogły powstawać pod wpływem wspólnot z Qumran i na nich w jakimś stopniu się wzorować? Ostatecznie trudno nie zauważyć pewnych podobieństw organizacyjnych pomiędzy życiem esseńczyków a pierwotnym Kościołem jerozolimskim - wspólnota dóbr, uroczyste, zbiorowe posiłki poprzedzane błogosławieństwem, starszyzna przewodząca życiem gminy... Może więc było tak, że choć sam Jezus do sekty esseńczyków nie należał, to jednak pierwsi chrześcijanie rekrutowali się spośród jej członków? Cóż, udowodnić, że nigdy żaden esseńczyk nie przyjął chrztu nie sposób. Wiemy, dzięki odkryciu fragmentów pism qumrańskich w ruinach fortecy Massada, że po zburzeniu klasztoru w Qumran część jego ocalałych mieszkańców przystąpiła do żydowskiej partii zelotów. Hipoteza, że być może jakaś inna grupa niedobitków uciekła przed Rzymianami i dołączyła do powstających na świecie gmin chrześcijańskich może brzmieć przekonywająco. Pamiętać jednak należy, że esseńczycy nigdy nie byli sektą liczną - Józef Flawiusz oceniał ich całkowitą liczbę na około cztery tysiące, toteż nawet jeżeli jacyś ocaleli z wojny przeciwko Rzymowi uciekinierzy z Qumran zostali chrześcijanami, to musiała ich być naprawdę garstka. Raczej trudno sobie wyobrazić, aby zdołali oni zdominować gminy chrześcijańskie do tego stopnia, by można było uznać je za naturalną kontynuację sekty z Qumran; zachodzą potężne różnice, które w dużej mierze równoważyć mogą wspomniane wcześniej podobieństwa. Spróbujmy je wymienić. Pierwszą i podstawową stanowiła kwestia interpretacji Prawa mojżeszowego. Dzieje Apostolskie oraz duża część listów Pawłowych mają służyć wykazaniu czytelnikom, iż prawo to nie obowiązuje chrześcijan. Wiemy, iż nie było to wcale w pierwszym okresie istnienia chrześcijaństwa takie oczywiste - sam święty Piotr uważał, że chrześcijanie powinni przestrzegać żydowskich przepisów pokarmowych i dopiero po objawieniu, jakie otrzymał w Jaffie (Dz 10,9-16), zmienił zdanie. Dla esseńczyków, którzy jak już wiemy, byli znacznie bardziej rygorystyczni w przestrzeganiu Prawa niż pozostali Żydzi, sama dyskusja nad jego zniesieniem była nie do pomyślenia. Kolejna istotna różnica między chrześcijanami a esseńczykami to fakt, iż ci ostatni od samego początku przyjmowali do swojego grona kobiety - czytamy w Dziejach Apostolskich: "Coraz bardziej też rosła liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana" (5,14) - podczas gdy esseńczycy byli, poza wyjątkami wspomnianymi wcześniej, ugrupowaniem czysto męskim. Trzeci istotny powód dający podstawy sądzić, iż chrześcijanie i esseńczycy to dwie zupełnie inne gałęzie odrastające od pnia religii żydowskiej, to ich odmienny stosunek do spraw tego świata. Jedni i drudzy uważali świat za nieodwracalnie skażony grzechem, o ile jednak cytowana uprzednio reguła z Qumran nakazywała emigrację na pustynię w celu stworzenia tam idealnej społeczności oczekującej na Czasy Ostateczne, to gminy chrześcijańskie miały oczekiwać ery mesjańskiej, żyjąc wśród ludzi. Paweł wyraźnie pouczał Koryntian: "Napisałem Wam w liście, żebyście nie obcowali z rozpustnikami. Nie chodzi mi o rozpustników tego świata w ogóle, ani o chciwców i zdzierców lub bałwochwalców, musielibyście bowiem całkowicie opuścić ten świat" (1 Kor 5,9-10). Chrześcijanie mieli, przyjmując do wiadomości istnienie zła tego świata, żyć na nim i starać się go zmienić. Esseńczycy woleli ten świat opuścić, udając się w okolice odludne i nie utrzymywać kontaktów z tymi, których uważali za grzeszników. Jest to, jak się wydaje, dość istotna różnica, na tyle głęboka, że pozwala poddać w wątpliwość teorie o esseńskim rodowodzie chrześcijaństwa. Oczywiście, ktoś mógłby podnieść zarzut mówiąc, że przecież chrześcijanie również zaczęli zakładać na pustyniach klasztory, w których izolowali się od świata - czyż nie podważa to przytoczonej powyżej argumentacji? Otóż nie, gdyż jak wiadomo chrześcijański ruch monastyczny powstał dopiero około trzeciego wieku naszej ery, a więc w czasach, gdy sekta esseńczyków nie istniała od kilku pokoleń. Co więcej - pierwsze klasztory chrześcijańskie powstały nie w Palestynie, lecz w Egipcie i na półwyspie Synaj. Nie mamy więc podstaw, aby sądzić, że pierwsi eremici, którzy ruszyli z miast na pustynie, byli w jakimkolwiek stopniu inspirowani, od dawna już wówczas zaginionymi, regułami qumrańskimi. Podsumowując to, co wiemy o związkach esseńczyków z chrześcijaństwem, możemy stwierdzić, że istnieją poszlaki wskazujące na to, że Jan Chrzciciel mógł być członkiem tej sekty, aczkolwiek nie mamy na to żadnych przekonujących dowodów. Jezus esseńczykiem nie był, i co więcej, wygląda na to, że bardzo się od nich różnił. Pierwsze gminy chrześcijańskie, jakkolwiek z pozoru mogące przypominać organizacyjnie wspólnoty esseńskie, były jednak najprawdopodobniej gminami najzupełniej różnymi, powstającymi w sposób niezależny.

Zwoje z Qumran a Nowy Testament. Dla ścisłości należy wyjaśnić jeszcze jedną kwestię: czy wśród zwojów z Qumran znajdują się fragmenty Nowego Testamentu? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. W roku 1972 hiszpański jezuita José O'Callaghan ogłosił, że zdołał odczytać wśród niektórych fragmentów zdania pochodzące z Ewangelii. W rzeczywistości jednak owe kawałki zwojów są do tego stopnia nieczytelne, że zaledwie kilkanaście z zapisanych liter może być uznane za na tyle wyraźne, że ich identyfikacja może być jednoznaczna. W efekcie trudno mówić o "odczytaniu" owych tekstów, raczej należałoby powiedzieć o "zgadywaniu". Pomimo upływu kilkudziesięciu lat od czasu, kiedy O'Callaghan opublikował swoje obserwacje, bibliści pozostają co do niego raczej sceptyczni. Osobną kwestię stanowi fragment w katalogu znalezisk występujący pod symbolem 4Q246. Symbol ten oznacza: Qumran, grota nr 4, fragment 246. Jest to krótki, liczący zaledwie kilka linijek tekst, mówiący, że ktoś (z tekstu nie wynika kto) "będzie nazwany Synem Bożym " oraz "Synem Najwyższego". Jest w nim jeszcze kilka innych niejasnych sformułowań. Nie wiadomo, kto wypowiada te słowa, ani do kogo, jednak budzą one odległe skojarzenia z Ewangelią Łukasza: "Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie on wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da mu tron Jego praojca Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a panowaniu Jego nie będzie końca"(Łk 1,31-33). Czy fragment 4Q246 zawiera cytat z Ewangelii? Nie - gdyż Ewangelia Łukasza została zapisana w języku greckim, podczas gdy ów tekst używa języka aramejskiego. Czy może więc być tak, że 4Q246 zawiera jakiś starszy przekaz, na podstawie którego Łukasz opracował później swoją relację? Może - ale nie musi. Jak już powiedziałem - nie wiadomo, ani kto w tym tekście mówi, ani do kogo, ani o czym. Fragment 4Q246 stanowi tylko jeden z tysięcy odnalezionych w Qumran i trudno jest na jego podstawie wysuwać jakiekolwiek hipotezy.

Co się stało z sektą esseńczyków? To jest akurat jedyna z niewielu rzeczy dotyczących tej sekty, co do której badacze wydają się nie mieć wątpliwości: klasztor w Qumran został zburzony przez Rzymian, zaś jego mieszkańcy pozabijani. Jak już wspomniałem, pewne fragmenty pism qumrańskich odnaleziono w ruinach fortecy Massada - ostatniej z fortec zdobytych przez Rzymian podczas powstania żydowskiego. Oznacza to, że nieliczni ocaleni esseńczycy przyłączyli się do partii zelotów i ponieśli śmierć po upadku Massady. Jeżeli w Palestynie przetrwali jacyś członkowie ich sekty, to z biegiem lat stopniowo wymarli. Historia esseńczyków obfituje w mnóstwo rozmaitych, często sprzecznych ze sobą, a czasami zupełnie fantastycznie brzmiących hipotez. Pozwolę więc sobie przytoczyć jedną - odmiennie widzącą dalsze ich losy, z całym jednak naciskiem zaznaczając, że jest to tylko hipoteza, w dodatku niezbyt poparta dowodami. Pierwszy dokument sekty z Qumran odnaleziono w synagodze w Kairze - i że miał on nie więcej niż tysiąc lat. Naturalne pytanie brzmi więc: skąd się on tam wziął - prawie millenium po rozproszeniu esseńczyków? Najprostsze wyjaśnienie brzmi: po prostu przez stulecia żydowscy uczeni przepisywali dla przyszłych pokoleń święte księgi. I choć często sami nie rozumieli znaczenia kopiowanych tekstów, jednak uważając swoją pracę za służbę Bogu, przykładali się do niej z ogromną sumiennością. W podobny sposób chrześcijańscy mnisi zachowali dla nas wiele z oryginalnych dzieł autorów antycznych. Odpowiedź na pytanie: dlaczego "Dokument Damasceński" znalazł się w Kairze tysiąc lat po zniszczeniu sekty esseńczyków, brzmi więc: jest to zasługą kopistów, którzy mozolnie przepisywali kolejne wersje Biblii, a "przy okazji" zachowali również ów Dokument. Gdy po stuleciach rabini zorientowali się, że mają w ręce jakiś tekst, którego znaczenia nie rozumieją, ale który musi być zapewne bardzo stary - złożyli go z szacunkiem w "genizie". Ale może warto zaryzykować inną hipotezę? Czy może sekta zdołała przetrwać w absolutnej konspiracji jeszcze kilkanaście stuleci? Wiadomo, że w VIII wieku n.e. wśród Żydów doszło do poważnego rozłamu. Grupa kierowana przez niejakiego Anana ben-Davida odrzuciła autorytet Talmudu twierdząc, że zniekształca on pierwotne prawo Mojżesza. Jego następcy dali początek sekcie karaimów, która przez długi czas żyła na Bliskim Wschodzie, nad Morzem Śródziemnym, w Babilonii, a także w Polsce i na Litwie (nieliczne grupki ich wyznawców żyją tam zresztą po dziś dzień). Niektórzy uczeni próbują się doszukiwać związku pomiędzy esseńczykami a karaimami, twierdząc, że po zburzeniu Qumran sekta esseńczyków przetrwała kilkaset lat w kompletnej konspiracji po to, aby ponownie się ujawnić w postaci ruchu karaimów. Na poparcie takiej - dość trzeba przyznać ryzykownej - hipotezy przytacza się zazwyczaj podobieństwa w interpretacji pewnych subtelności prawa mojżeszowego, jakie występują pomiędzy tymi sektami. Ponieważ jednak brak na ten temat jakichkolwiek naprawdę przekonujących dowodów, więc pozwolę sobie tych kwestii nie omawiać. A może jednak teorie spiskowe są troszeczkę prawdziwe?

Na zakończenie pozwolę sobie wysunąć pewną hipotezę związaną z intrygami wokół znalezisk. Jak pisałem, istnieją dwa komplety zwojów - mniejszy, zawierający kilka kompletnych ksiąg, przechowywanych w zachodniej Jerozolimie, dawno już ogłoszonych drukiem, i większy - przechowywany w Muzeum Rockefellera, złożony z mnóstwa fragmentów, a w dodatku ciągle jeszcze nie opracowany i nie opublikowany do końca. Ten pierwszy jest raczej bezdyskusyjnie własnością Państwa Izrael - został on ostatecznie zakupiony przez profesora Sukenika i Y. Yadina. Postawmy jednak pytanie formalnoprawne: czyją własnością jest zbiór drugi - ten z Muzeum Rockefellera? Zwoje odnaleziono w Qumran w czasach, gdy miejscowość ta znajdowała się w Jordanii. Część została odnaleziona przez archeologów, ale niektóre odkupiono od Beduinów za pieniądze dostarczone przez kilka dużych ośrodków naukowych, a także Watykan. Opracowanie znaleziska oraz piecza nad nim została powierzona przez rząd Jordanii międzynarodowej komisji archeologów. Po wojnie sześciodniowej Wschodnia Jerozolima - a wraz z nią zwoje "jordańskie" - znalazła się w Izraelu. Jak już mówiłem, ze względów politycznych wśród naukowców wyznaczonych do pracy nad zwojami nie było ani jednego Żyda. Gdy Izraelczycy zajęli Wschodnią Jerozolimę w roku 1967 oczekiwano więc, że zwoje po prostu skonfiskują, a do opracowania ich wyznaczą swoich uczonych. Ku powszechnemu zaskoczeniu nie uczynili tego, być może z obawy przed protestami międzynarodowymi. Komisja wyznaczona przez władze Jordanii mogła spokojnie pracować dalej. Taki stan rzeczy panował do końca lat 80., kiedy to - po wspomnianym wcześniej, "pirackim" opublikowaniu fragmentów tekstów Izraelczycy - zmusili ją do dokooptowania kilku uczonych izraelskich. Pozostaje otwarte pytanie: do kogo należą teksty z Muzeum Rockefellera? Do Jordanii - gdyż to na jej terenie znajdowało się Qumran, gdy dokonano odkrycia? Można tak sądzić, ale z punktu widzenia prawa międzynarodowego, nie jest to jednak zbyt jasne, gdyż aneksja Zachodniego Brzegu przez Jordanię w latach 1948-1967 nie została uznana przez większość krajów świata. Do powstającego obecnie państwa palestyńskiego - na którego terenie wkrótce znajdzie się Qumran - i na którego terenie Qumran miało się znaleźć w myśl rezolucji ONZ z roku 1948 stanowiącej o podziale Palestyny na część żydowską i arabską? Formalnie może jest to prawda, lecz przecież zwoje stanowią raczej bezdyskusyjnie dziedzictwo narodu żydowskiego, a nie arabskiego i nawet najbardziej zaciekli wrogowie państwa Izrael tego nie wydają się kwestionować. A może do państwa Izrael, uważającego się za spadkobiercę państw żydowskich istniejących w Ziemi Świętej przed tysiącleciami? Ostatecznie esseńczycy byli sektą żydowską. A może zwoje są własnością ludzkości? A jeżeli tak - to kto ma się nimi opiekować? ONZ? Nie musimy tłumaczyć, że z izraelskiego punktu widzenia zwoje są własnością narodu żydowskiego - i nikogo innego, stąd pieczę nad nimi sprawować powinno państwo Izrael, co zresztą wydaje się rozwiązaniem dość logicznym i historycznie uzasadnionym. Jak na razie Muzeum Rockefellera znajduje się de facto w Izraelu (Ściślej - we wschodniej Jerozolimie, której aneksja przez Izrael nie została uznana przez większość krajów de iure, ale która de facto znajduje się pod władzą izraelską), zaś Palestyńczycy (jeszcze) nie wysunęli żądań objęcia kontroli nad nim. Myślę jednak, że nie należy mieć specjalnych złudzeń - kwestia własności zwojów stanie się w (być może niedalekiej) przyszłości tematem niezwykle wybuchowym. Przeglądając rozmaite przewodniki turystyczne oraz popularne opracowania na temat zwojów, wydane w Izraelu, odniosłem wrażenie, że unikają one rozróżniania kolekcji z Muzeum Księgi i Muzeum Rockefellera, zupełnie jak gdyby chodziło im o wywołanie wrażenia, że obie od zawsze były i są zarządzane przez władze izraelskie. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to tylko moje złudzenie, przypadek czy też polityka celowa. Całkiem możliwe, że naciski władz izraelskich, zmierzające do włączenia do komisji uczonych żydowskich, stanowią w istocie element długofalowej polityki mającej na celu przejęcie kontroli nad zwojami.

Odkrycie zwojów nad Morzem Martwym wykazało wiele kontrowersji w kręgu naukowców, co do kwestii ich wieku oraz identyfikacji osady, która zasiedlała Qumran. Prof. Sukenik ustalił, że pochodzenie zwojów przypada na okres Drugiej Synagogi, co pozwalało na zaakceptowanie teorii iż znajdowała się tutaj biblioteka "Essnerów". Naukowcy rozważali związek z tekstami Shapira z roku 1883. Był on handlarzem antyków z Jeruzalem, któremu przypisuje się odkrycie starodawnych tekstów "Księgi Mojżesza" (5 Ksiąg Mojżesza). Teksty te spisane na 15 skórzanych skrawkach, wzbudziły zainteresowanie w Europie i zachowane zostały w British Museum. Naukowcy europejscy udowodnili, iż są one sfałszowane. Dzisiaj przeprowadzane są dokładniejsze badania zwojów znad Morza Martwego, dokumenty historyczne, paleograficzne i lingwistyczne, muszą przejść również chemiczną ekspertyzę. Udowodniono, że niektóre manuskrypty spisane i skopiowane były w III w. p.n.e. Duża część materiału, zwłaszcza teksty, które odnoszą się do sekty-gminy, są oryginałami albo kopiami z I w. p.n.e. Niektóre pochodzą z późniejszych czasów, np. z czasu bezpośrednio przed zniszczeniem miejsca znalezienia, w roku 68 n.e. przez legiony rzymskie. "Izraelska" część kolekcji zwojów złożona została, po jej odczytaniu i opublikowaniu w Przybytku Księgi - specjalnie w tym celu wybudowanym muzeum w Jerozolimie. Jego centralny budynek, architektonicznie przypominający gliniany garnek, w jakim esseńczycy przechowywali swoje pisma, mieści stałą ekspozycję składającą się z wybranych fragmentów znalezionych pism. Według większości przewodników turystycznych pośrodku sali znajduje się gablota, w której wystawione jest na widok publiczny najcenniejsze znalezisko - księga proroka Izajasza, jedyna z Ksiąg Starego Testamentu odnaleziona w Qumran w całości. W rzeczywistości w gablocie można ujrzeć jedynie jej kserokopię - oryginał znajduje się ukryty w bunkrze mogącym, jeżeli wierzyć jego konstruktorom, przetrwać nawet wybuch atomowy. W czasach zagrożenia schron ten staje się miejscem przechowywania również i pozostałych znalezisk - po raz ostatni zostały one złożone w nim w roku 1991, gdy podczas wojny w Kuwejcie Irak rozpoczął ostrzał rakietowy Izraela. Największy spór wśród uczonych wywołała jednak sprawa dostępu do zwojów. Zgodnie z przestrzeganym w świecie nauki niepisanym prawem nikomu nie wolno ?żerować? na cudzym dorobku. Wkrótce po odkryciu zwojów powołano więc zespół, który miał skopiować zapisane na nich teksty i przygotować je do publikacji. Prace te finansował rząd jordański, który wówczas sprawował pieczę nad znaleziskiem.

zwoje qumran badania

Badania archeologiczne Na siedem pierwszych, nietkniętych zwojów z groty 1, które nabył Izrael, na początku lat sześćdziesiątych wybudowano w Jerozolimie specjalne muzeum - Sanktuarium Księgi. Niezwykła jest architektura tej budowli - na wpół zagrzebanej w ziemi jak niegdyś same zwoje, przykrytej dachem ukształtowanym na podobieństwo pokrywy jednego z dzbanów z groty 1. Teksty owych pierwszych siedmiu zwojów zostały w latach pięćdziesiątych opublikowane przez amerykańskich i izraelskich uczonych oraz udostępnione do badań. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wydano względnie nieliczne rękopisy z tak zwanych grot mniejszych. W tym okresie opublikowano także ważniejsze psalmy z groty 11. Opublikowanie zawartości groty 4, na którą składało się ponad pięćset różnych rękopisów i około dwudziestu pięciu tysięcy skrawków, wiązało się, rzecz jasna, z różnymi problemami. Przede wszystkim trzeba je było odkupić od Beduinów. Gdyby ich urywki zostały posprzedawane rozmaitym nabywcom (antykwariuszom i zbieraczom), to zebranie ich potem w celu złożenia we względną całość lub odtworzenia danego rękopisu byłoby niemożliwe. Kluczem do gromadzenia fragmentów z groty 4 okazał się Kando. Już w 1950 r. Harding i de Vaux zwrócili się do niego z pytaniem o możliwość nabycia innych zwojów. Dziś byłoby to posunięcie absolutnie uzasadnione, ale w środowisku archeologicznym sprawy nie zawsze wyglądają tak prosto. Beduini kopiący w grocie 1, tak samo zresztą jak i Kando (on także wrócił do niej próbować szczęścia na własną rękę), działali niezgodnie z prawem. Byli rabusiami, a tych zawodowi archeolodzy nie znoszą. Antykwariusz nie może legalnie kupić zrabowanych przedmiotów, a ich sprzedawanie jest przestępstwem. Kando mógł równie dobrze pomyśleć, że Harding przyszedł go aresztować, a nie kupować zrabowane wykopaliska. Z zawodowego punktu widzenia złożenie takiej oferty wymagało od Hardinga podziwu godnej odwagi. W końcu de Vaux zdołał przekonać Kando, by sprzedał mu fragmenty zwojów wyniesione przez niego i Beduinów z groty 1. Ustalono cenę trzech tysięcy dolarów (tysiąca dinarów). Uczeni stali się teraz najlepszymi klientami Kando, co skutecznie uchroniło go przed konsekwencjami łamania prawa w zakresie ochrony zabytków. W międzyczasie Kando scementował zażyłość z Beduinami, biorąc oficjalnie za wspólnika szejka plemienia Ta'amire. To dało mu prawie całkowity monopol na wszelkie znaleziska. Pod koniec 1952 r. Kando przyniósł pierwszą część urywków zwojów z groty 4 do Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego (później znanego jako Muzeum Rockefellera). De Vaux, wówczas dyrektor muzeum, jak również profesor École Biblique, w porozumieniu z Hardingiem wypracował wkrótce zasady układu z Kando o nabywaniu od niego wszystkich strzępów rękopisów z groty 4 w cenie jednego dinara za centymetr kwadratowy zapisanego tekstu. (Dinar, oparty wówczas na funcie szterlingu, wart był 2,8 dolara). To porozumienie uratowało zawartość groty 4 dla świata nauki. Harding, który nie tylko stał na czele Departamentu Zabytków, ale był także kustoszem Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego w Jerozolimie, podjął jeszcze jedną brzemienną w skutki decyzję. Włączył zwoje do zbiorów tego muzeum, a nie do jordańskiego muzeum państwowego w Ammanie (które także nabyło niektóre zwoje, łącznie ze słynnym Zwojem Miedzianym). Gdyby nie to posunięcie, zwoje mogłyby po dziś dzień spoczywać w Ammanie. Rząd Jordanii przeznaczył piętnaście tysięcy dinarów (czterdzieści dwa tysiące dolarów) na zakup znalezisk z groty 4. Palestyńskie Muzeum Archeologiczne także dysponowało odpowiednimi funduszami. Wkrótce wszelkie środki finansowe zostały jednak wyczerpane, a fragmenty zwojów za pośrednictwem Kando wciąż napływały od Beduinów. W tym momencie rząd jordański upoważnił Hardinga, by zaprosił instytucje zagraniczne do współfinansowania zakupu rękopisów z klauzulą, że po złożeniu dokumentów w miarę możliwości w całość i ich opublikowaniu każdy ze sponsorów otrzyma proporcjonalną do poniesionych wydatków część zwojów. Na tej zasadzie w akcję finansowania kupna włączyły się instytucje ze Stanów Zjednoczonych, Anglii, Niemiec, Kanady i Watykanu. Ostatniego zakupu dokonano w 1958 r. Małe skrawki sprzedawano nadal po dinarze za centymetr kwadratowy, ale Kando starał się uzyskać wyższe ceny za większe i lepiej zachowane fragmenty rękopisów, a wiele perełek trzymał w zanadrzu do samego końca. Najdłuższy rękopis, słynny Zwój Świątynny, został zakupiony od Kando dopiero po wojnie sześciodniowej w roku 1967. Ostatnim fragmentem, który pojawił się w 1958 r., był kontrowersyjny tekst "Syn Boży" z odniesieniami do Ewangelii św. Łukasza. W 1961 r. Jordanii przestał odpowiadać układ dopuszczający nabywanie fragmentów zwojów przez instytucje zagraniczne. Zwoje znacjonalizowano, a tym samym zlikwidowano wszelkie prywatne w nich udziały - zarówno instytucji zagranicznych, jak i Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego, które było wówczas placówką prywatną. Wprawdzie Jordania obiecała odszkodowania sponsorom, którzy wnieśli swój wkład w zakup rękopisów, ale na razie skończyło się na obietnicy. Wreszcie w 1966 r., tuż przed wybuchem wojny sześciodniowej, w której Izrael zajął wschodnią część Jerozolimy i Stare Miasto, łącznie z Palestyńskim Muzeum Archeologicznym, Jordania znacjonalizowała to ostatnie. W ten sposób jako rządowa własność Jordanii zarówno muzeum, jak i jego zbiory znalazły się w 1967 r. w rękach Izraela. Komplikacje prawne związane z prawem własności zwojów znad Morza Martwego to istny raj dla prawników - albo też ich piekło. Niedawno władze Autonomii Palestyńskiej z Jasirem Arafatem na czele wystąpiły z żądaniem zwrotu zwojów, argumentując, że Qumran i groty, w których je znaleziono, leżą na Zachodnim Brzegu, kilka mil na północ od granicy z Izraelem sprzed 1967 r. Izrael, rzecz jasna, utrzymuje, że zwoje stanowią część żydowskiego dziedzictwa, podlegają zatem pieczy tego państwa. Tysiące skrawków trafiających w latach pięćdziesiątych do Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego umieszczano w miarę ich napływania na stołach pod szkłem w długiej sali znanej już wkrótce jako scrollery (zwojownia). Od początku było wiadomo, że do pracy nad tym ogromem materiału trzeba powołać zespół uczonych. Zadanie skompletowania takiego zespołu przypadło ojcu de Vaux, dyrektorowi muzeum. Do zagranicz-nych placówek w Jerozolimie, a poprzez nie do najwybitniejszych uczonych we Francji, Anglii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech i innych krajach, wysłano informacje, że w Jerozolimie poszukują młodych badaczy do pracy nad skrawkami rękopisów. W ten sposób utworzono ośmioosobowy zespół pod kierownictwem samego de Vaux. Jako pierwszy, latem 1953 r., przybył na miejsce Amerykanin Frank Cross4. Jesienią wrócił do Jerozolimy jeden z nominowanych przez Francję, Polak mieszkający w Paryżu, ojciec Józef Tadeusz Milik, który pracował już nad urywkami z groty 1. Z Anglii przybyło dwóch młodych oksfordczyków: John Allegro, ateista, który miał później wprawić zespół w konsternację tezą, że mesjański przywódca sekty znad Morza Martwego został ukrzyżowany na sto lat przed chrześcijańskim Mesjaszem, oraz John Strugnell, który miał później przyjąć chrześcijaństwo, zostać naczelnym redaktorem i jeszcze gorzej przysłużyć się całemu przedsięwzięciu, udzielając rażąco antysemickiego wywiadu. W 1954 r. do zespołu dołączyło dwóch katolickich księży: Jean Starcky z Francji i Patrick Skehan z Catholic University of America w Waszyngtonie. Skład uzupełnił niemiecki luteranin Claus-Hunno Hunzinger, ale szybko zrezygnował. Zastąpił go francuski ksiądz Maurice Baillet. Mimo że zwoje były żydowskimi dokumentami religijnymi, w zespole nie znalazł się ani jeden Żyd. Według jednej z ostatnich relacji: Harding i de Vaux chcieli stworzyć zespół prawdziwie reprezentatywny dla narodów i wiar działających na niwie biblistyki - z jednym ważnym wyjątkiem: nie chcieli do niego włączyć żadnych Żydów ani Izraelczyków. Mówiono, że sam de Vaux był antysemitą; wiadomo, że tak jak (Millar) Burrows, (John) Trever (obaj z American School of Oriental Research w Jerozolimie) i wielu innych uczonych był stanowczo przeciwny utworzeniu państwa Izrael. Ale działając w imieniu rządu jordańskiego, de Vaux i tak nie mógłby włączyć do zespołu żadnych Żydów ani Izraelczyków, nawet gdyby chciał. Długie pobyty zespołu w Jerozolimie umożliwiała hojność Johna D. Rockefellera juniora, fundatora Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego, który ponadto zadbał o potrzeby tej placówki zapisem w wysokości miliona dolarów. Badacze dotykali strzępów rękopisów gołymi rękami. Niektórzy, jak ojciec Milik, przyglądali im się z bliska z papierosem wiszącym w kąciku ust. Kiedy udało im się dopasować jakieś kawałki do siebie, najzwyczajniej w świecie sklejali je taśmą klejącą. W latach dziewięćdziesiątych emigrantki z byłego Związku Radzieckiego będą latami usuwać tę taśmę specjalnymi rozpuszczalnikami. Z wyjątkiem Allegra, którego Strugnell nazwał "kamieniem w zupie", członkowie zespołu dobrze się dogadywali. Rozmawiano po angielsku i francusku. Milik posługiwał się oboma językami z polskim akcentem. Sądząc z opisu Crossa, nosił wówczas sutannę "ze smugą popiołu z papierosa na przodzie". Z czasem porzucił kapłaństwo, ożenił się i mieszka teraz spokojnie w Paryżu. Mimo "wielkiej nieśmiałości (...) surowości, nawet melancholii (...) miał żywe, zaraźliwe poczucie humoru. Kiedy z nagła dostrzegał komizm jakiejś sytuacji czy uwagi, parskał nagłym chichotem". Milika powszechnie uważano za najzdolniejszego uczonego w grupie. Jak powiedział Strugnell, "Milik miał więcej wyczucia tych materiałów w jednym ręku niż ktokolwiek inny w grupie", mając na myśli uczonych, którzy pracowali po rezygnacji Strugnella w 1990 r. Milik nauczył się rozróżniać pismo setek różnych skrybów i szybko łączył urywki tekstów w tak zwane rękopisy początkowe, jako że niekiedy gromadzono po kilkadziesiąt fragmentów jednego dokumentu. Sprawiał wrażenie, że z pamięci dopasowuje je do siebie po kształcie. Był również wyjątkowym paleografem i specjalistą od rozszyfrowywania zamazanych liter i urywków, wychwytującym sens dokumentu z najskąpszych fragmentów. Publikacje nadzorował de Vaux, choć głównie zajmował się sprawami administracyjnymi (poza kierowaniem wykopaliskami w Qumran). Cross wspomina, że de Vaux był "zupełnie czarujący - błyskotliwy, pełen życia, ciepła. Szatę dominikanina nosił z wielkim wdziękiem. Miał niepospolity talent gawędziarski (...) natura obdarzyła go hojnie dowcipem i zmysłem dramatycznym". Chodziły słuchy, że nim został księdzem, był aktorem Comédie Française. Zapytany o to przez Crossa, zaprzeczył, ale jego rozmówca zauważył, że "był zachwycony tą historyjką". Trude Dotchan, należąca do archeologicznej czołówki Izraela, pisze, że de Vaux był "jednym z najbardziej czarujących ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałam (...) Miał fantastyczne poczucie humoru". Członkowie zespołu prawie zawsze jadali razem, a nawet wyjeżdżali razem na wakacje, urządzali sobie wycieczki ze zwiedzaniem starożytnych zabytków i ogólnie rzecz biorąc, cieszyli się własnym towarzystwem. Strugnell pisał o tym: "Świetna zabawa (...) bardzo miło (...) Sprawiało nam to przyjemność". Frank Cross opowiadał mi w 1993 r.: Pamiętam pewien przemiły dzień i picie włoskiego wina - Lacrima Cristi - ze Starckym i Milikiem w ja-kimś ogrodzie w Jerychu. Dobrze się z nimi bawiłem. Pamiętam niejedną nocną wyprawę ze Skehanem i jednym czy dwoma kolegami do hotelu Az-Zahra (...) Mieli tam piękny ogród z mnóstwem drzew pieprzowych. Brali-śmy sobie po butelce holenderskiego piwa i gadaliśmy do późna. Ale uczonym towarzyszyło także "poczucie współuczestniczenia w historii (...) Zdawaliśmy sobie sprawę z rangi odkrycia" - powiedział mi Strugnell w wywiadzie z 1994 r. Cross tak opisał szczątki rękopisów z groty 4 trafiające do rąk badaczy: Wiele z tych fragmentów tak się kruszyło lub sypało, że ledwo można ich było dotknąć pędzelkiem z wielbłądziej sierści. Były w większości pozaginane, pogniecione lub skurczone, pokryte osadem ze składników gleby, sczerniałe z wilgoci i starości (...) często w jakimś miejscu całkiem przeżarte zgnilizną i pomarszczone (...) przez taką plamę cały fragment zwoju mógł się zwinąć w pomarszczoną lub pozwijaną kulkę, tak że rozprostowanie go wydawało się niemożliwością. Pismo na przegniłej powierzchni kurczyło się o połowę w stosunku do innych, dobrych miejsc. W wypadku skóry rozkład często powodował pękanie i rozpadanie się arkuszy na kawałki. Cross opowiadał o jednym pociemniałym, nieczytelnym fragmencie pokrytym żółtymi kryształkami, które wyglądały na zaschnięty mocz. Za pomocą pędzelka z wielbłądziej sierści i rycyny oczyścił go starannie, z wolna usuwając osad. Stopniowo zaczęły się wyłaniać hebrajskie litery. Okazało się, że to fragment biblijnej Księgi Samuela, ale nie w standardowej wersji Biblii hebrajskiej, ustalonej przez masoretów (MT). Pasował natomiast do greckiego tłumaczenia, Septuaginty, z czego wynikało, że do przekładu użyto innego tekstu hebrajskiego niż standardowy hebrajski textus receptus. Cross tak wspomina to przeżycie: "Nagle uświadomiłem sobie, że znalazłem coś, co dla mnie i innych tekstologów hebrajskiej Biblii oznacza prawdziwe trzęsienie ziemi". Trzymał w ręku fragment hebrajskiego tekstu w wersji, którą posłużyli się tłumacze Septuaginty. Fragment udowodnił, że autor starogreckiego przekładu (Septuaginty) trzymał się wiernie hebrajskiego oryginału. Zatem różnice między tradycyjnie obowiązującym tekstem hebrajskim a starogreckim tłumaczeniem wynikają przeważnie z istnienia różnych tradycji tekstowych Biblii hebrajskiej. Rękopis Księgi Samuela dawał nadzieję na przełamanie impasu w badaniach nad tekstem hebrajskiej Biblii. W moje ręce trafiło kluczowe znalezisko. Cross miał na myśli to, że bibliści będą teraz mogli ze znacznie większym zaufaniem podchodzić do tekstu greckiego, znanego jako Septuaginta. Okazało się bowiem, że rozbieżności w przekładzie ustalonego kanonu hebrajskiego mogą wynikać nie tyle z błędów tłumaczy, ile z odmienności hebrajskiej podstawy przekładu, której fragment odkrył Cross. Po wstępnym oczyszczeniu fragmenty sfotografował, zresztą często kilkakrotnie na różnych etapach ich rekonstrukcji, pracujący dla Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego wybitny arabski fotograf Nadżib Albina. Przy użyciu kliszy na promienie podczerwone Albina często był w stanie wydobyć elementy niewidoczne gołym okiem. Nawet tekst czytelnych zwojów łatwiej było odcyfrować ze zdjęć Albiny niż z samych strzępków, po które badacze sięgali teraz tylko po to, by zweryfikować wątpliwe odczytanie lub jakiś zamazany ustęp. Stan wielu z owych fragmentów rękopisów pogorszył się, litery zamazały lub rozsypały w pył wraz z kruszącymi się brzegami. Ich tekst zachował się najlepiej na fotografiach Albiny. Po sfotografowaniu fragmenty umieszczano pod szklanymi płytami, co okazało się poważnym błędem, bo wytworzone w tym zamknięciu wilgoć i ciepło zaszkodziły rękopisom. Niektóre kawałki zwojów zniknęły. Czy z powodu kradzieży, czy bałaganu - pozostaje do dziś tajemnicą. Jednym z wielu przykładów jest wyjątkowo piękny fragment zwoju Księgi Samuela datowany na III w. p.n.e., który zniknął z gabloty podczas wojny sześciodniowej w 1967 r. Podczas kampanii synajskiej w 1956 r. jordańskie władze obawiały się, że muzeum wraz ze zwojami wpadnie w ręce Izraelczyków. Żeby temu zapobiec, fragmenty zwojów spakowano w pudła, wysłano do Ammanu i złożono w piwnicach Banku Otomańskiego, gdzie wilgoć zniszczyła bardziej kruche okazy. Kiedy przywieziono je z powrotem do Jerozolimy, na wielu pojawiła się pleśń, a prawie wszystkie trzeba było ponownie czyścić. Jak już mówiliśmy, fragmenty zwojów z groty 4 napływały do scrollery do roku 1958. W końcu członkowie zespołu zdołali przypisać tysiące strzępków do około pięciuset rozmaitych rękopisów. W miarę możliwości poskładali razem ich kawałki, kierując się kształtem krawędzi, treścią tekstu, a nawet dziurami wygryzionymi przez robaki na wylot przez kilka warstw. Potem teksty zostały przetranskrybowane, by można je było studiować bez sięgania po fotografie czy same zwoje. Uczonym szło tak dobrze, że w 1957 r. postanowili opracować konkordancję tekstów niebiblijnych. Dokonali tego trzej młodzi badacze, dwóch Amerykanów i Kanadyjczyk, z których każdy pracował w Jerozolimie nad tym zadaniem przez rok. Najpierw był to ojciec Joseph Fitzmyer z Catholic University of America, po roku zastąpił go ojciec Raymond Brown z Union Theological Seminary w Nowym Jorku, a po upływie kolejnego roku - Willard Oxtoby, obecnie wykładający na University of Toronto w Kanadzie. (Hiszpański uczony Javier Texeidor przygotował konkordancję niebiblijnych urywków z innych grot). Na nieformalnych posiedzeniach zespołu opracowanie pojedynczych rękopisów do publikacji przydzielano konkretnym badaczom - częściowo na podstawie ich specjalizacji. Tak więc Starcky jako arameista otrzymywał przeważnie dokumenty aramejskie. Do Crossa i Skehana trafiały teksty biblijne. Według Strugnella "niektórzy [członkowie zespołu] byli mniej energiczni niż inni. Milik i ja byliśmy chyba najbardziej energiczni". W efekcie największy przydział - łącznie z tekstami dotąd nieznanymi - dostał Milik, którego magazyn "Time" nazwał "najszybszym człowiekiem od fragmentów". Ale Strugnell i Starcky także mieli pełne ręce roboty. Jednak Starcky, zdaniem Strugnella, okazał się "leniem". Ogólnie rzecz biorąc, wszystko odbywało się na zasadzie dżentelmeńskiej umowy. Było trochę przepychanek, ale nie za dużo. Wszyscy starali się zachowywać fair, a wszelkie ustalenia miały charakter nieformalny. Z czasem jednak owe zasady przydziału stały się wręcz żelazne, jakby wraz z otrzymaniem zwoju do zbadania na danego uczonego przechodziło pełne prawo własności. Ci, którym powierzono rękopisy, mogli teraz decydować o ich udostępnieniu bądź nie innym badaczom. W żadnym wypadku nie wolno już było innym publikować danego tekstu lub jego fragmentu, nawet jeśli ten, komu go przydzielono do publikacji, nie wywiązał się ze swego zadania. Jak się okazało, posiadacze przydziałów poczuli się upoważnieni do przekazywania swoich "praw" młodszym adeptom, na których tym samym cedowali pełnię uprawnień. W 1960 r. John D. Rockefeller odszedł na zawsze, a wraz z nim większość funduszy umożliwiających pracę zespołu. Wydarzyło się jeszcze coś. Nie chodziło tylko o wyschnięcie źródeł finansowania. Wyschły też jakby możliwości badaczy. Tempo prac spadło - nie raptownie, ale stopniowo, jakby wypalał się płomień fascynacji odkryciem. Dziś można uznać lata pięćdziesiąte za bardzo udane dziesięciolecie. Wszystkie zwoje z groty 1 zostały opublikowane przez uczonych amerykańskich i izraelskich (z których żaden nie należał do zespołu de Vaux). Zespół badaczy poczynił zadziwiające postępy w dziele porządkowania masy szczątków z groty 4. Zebrano je, sfotografowano, poukładano, przeczytano, przetranskrybowano i dopasowano do siebie. Badacze z tego zespołu wydali nawet publikację zawierającą siedemdziesiąt dwa częściowe rękopisy wydobyte przez archeologów z groty 1. Ale potem wszystko stanęło w martwym punkcie. Na przykład przez następne dwadzieścia pięć lat Strugnell nie opublikował prawie żadnego z powierzonych mu tekstów. Milik przewyższa dorobkiem kolegów, ale po dwudziestu pięciu latach wciąż zalega ze stosem niepublikowanych materiałów. Strugnell wyraził żal, iż "nie przewidział już w 1960 r., że jesteśmy absurdalnie przeciążeni robotą; zbyt niewielu badaczy pracowało nad tym zadaniem".

W 1985 r. ponad połowa tekstów z groty 4 wciąż czekała na wydanie i pozostawała niedostępna dla uczonych spoza zespołu. Nie opublikowano ani nie udostępniano nawet konkordancji. Jedną ze znaczących przyczyn opóźnienia w wydawaniu była decyzja, najwyraźniej podejmowana niezależnie przez każdego uczonego, by opracowanie do druku obejmowało nie tylko sam tekst z jakimiś przypisami natury technicznej (tzw. wydanie dyplomatyczne), ale także obszerne komentarze. Dopiero w 1976 r., w dwadzieścia lat po otrzymaniu przydziału na te teksty, Milik opublikował wreszcie liczące czterysta trzydzieści dziewięć stron opracowanie (łącznie z tekstami) The Books of Enoch: Aramaic Fragments of Qumran Cave 420. W oczekiwaniu na tę publikację uczeni, przez ćwierć wieku pozbawieni dostępu do tekstu Milika, niechętnie korzystali z Henocha jako źródła pomocnego w rozumieniu współczesnego judaizmu. Podczas wojny sześciodniowej Jordańczycy nie wywieźli zwojów do "bezpieczniejszego" miejsca na wschodnim brzegu Jordanu, by chronić je przed postępującymi wojskami izraelskimi - jak to niepotrzebnie uczynili w 1956 r. Być może postąpili tak dlatego, że w 1967 r. działalność naukowa na tym polu była tak znikoma. Tak czy inaczej w 1967 r. rękopisy po prostu przeniesiono do piwnic Palestyńskiego Muzeum Archeologicznego. Trzeciego dnia wojny, po zajęciu przez Izrael Starego Miasta i wschodniej części Jerozolimy, izraelscy archeolodzy weszli do muzeum, by przejąć pieczę nad zwojami. Można by sądzić, że teraz, pod egidą rządu Izraela i pod czujnym okiem pełnych świeżego zapału żydowskich naukowców, praca nad publikowaniem zwojów ruszy pełną parą. Tak się jednak nie stało. Po wojnie Avraham Biran, stojący na czele izraelskiego Departamentu Zabytków, wspólnie z Jigaelem Jadinem, czołowym archeologiem kraju, wypracowali zasady układu ze sponsorowanym przez Jordańczyków zespołem badawczym. Izrael chciał być postrzegany jako zdobywca łaskawy. Biran wspominał wizytę wysłannika królowej Holandii, który zwrócił się z prośbą o pozwolenie, by holenderscy naukowcy kontynuowali prace nad niektórymi inskrypcjami. "Powiedziałem mu: - Co pan sobie wyobraża? Że przyszliśmy tu po prostu wszystko zgarnąć dla siebie? - I tak właśnie odnosiliśmy się do zwojów znad Morza Martwego". Kiedy u Birana pojawił się z kolei de Vaux, ten powiedział mu, że Izrael uszanuje prawa wydawnicze zespołu, czyli prawo wyłączności do ich publikowania bez uprzedniego ich udostępniania innym uczonym. "Spytałem Birana: - Dlaczego? Odparł: - Widzi pan, to by było jak odbieranie komuś czegoś, nad czym pracował (...) Nie chcieliśmy robić wrażenia barbarzyńców, którzy uniemożliwiają badania innym naukowcom". Ta izraelska kurtuazja skazana była na niepowodzenie. Strugnell opisał mi nastawienie, jakie po 1967 r. na lata zdominowało atmosferę w École Biblique, gdzie większość zespołu wydawniczego stołowała się i kwatero-wała. "To ciekawe, jak często podczas mojego pobytu w tej francuskiej szkole ludzie znajdowali porównania do niemieckiej okupacji Paryża. Wie pan, oni tego doświadczyli i byli bardzo uczuleni na wszelką okupacyjność. To ciężka sprawa". Po wojnie sześciodniowej antysyjonistyczni naukowcy ze wschodniej Jerozolimy przez wiele lat w ogóle nie odwiedzali zachodniej, żydowskiej części miasta. Na przykład noga Milika od czasu wojny sześciodniowej do dziś nie postała ani w Izraelu, ani w Jerozolimie. W sprawie ustaleń zawartych z de Vaux tuż po wojnie sześciodniowej Biran powiedział mi: "Dopiero, jak mówię, po latach, i częściowo dlatego, że pan (autor) zaczął tę całą wojnę o publikację (...) No tak, ma pan rację. Nie przewidziałem (...) nie chcieliśmy ich tknąć. To dżentelmeńska umowa między badaczami, można by powiedzieć. Tak to robimy. Honorujemy, co ludzie (zaczęli opracowywać) (...) Ponieważ mieliśmy władzę, nie chcieliśmy jej używać". Jeśli wierzyć pamięci Birana, to oznajmił de Vaux: "Nie będzie to trwało w nieskończoność". Ale ten limit czasowy nigdy nie został określony. "Chyba tutaj właśnie popełniliśmy błąd, powinniśmy nalegać: "Dobrze, macie prawo publikować przez rok, dwa lata, trzy czy pięć lat, ale potem wasze prawa wygasają" [...] Myślę, że popełniliśmy błąd, nie ustalając ostatecznego terminu". Zdaniem Jadina Izrael postawił dwa warunki, od których uzależniał pozwolenie na dalszą pracę zespołu nad rękopisami. Pierwszy dotyczył zwrotu umieszczanego dotąd na stronie tytułowej wszelkich oficjalnych edycji zwojów, brzmiącego: "Odkrycia na Pustyni Judzkiej w Jordanii". Izraelczycy chcieli jakoś zaznaczyć, że obecnie zwoje są publikowane pod auspicjami Izraela. Nie udało im się uzyskać dokładnie tego, czego chcieli, ale w kolejnych wydaniach pominięto zwrot "w Jordanii". Co istotniejsze, sądząc ze słów Jadina, wyznaczono swego rodzaju termin: "Jednym (z założeń) było to, że szybko opracują wydanie tysięcy fragmentów, którymi dysponowali przez tak wiele lat. Do 1967 r. opublikowali bardzo niewiele z tego materiału, co było wielką stratą dla świata nauki (...) Teraz, mając władzę, chcieliśmy to naprawić". Ale pod auspicjami Izraela i mimo nalegań Jadina wszystko toczyło się mniej więcej tak samo jak na początku lat sześćdziesiątych. Nie działo się prawie nic. Dopiero w 1992 roku profesor Michael Wise z Uniwersytetu w Chicago przeprowadził analizy komputerowe, czego nie mogli zrobić pierwsi badacze, i zrekonstruował zawartość zwojów na podstawie egzemplarza należącego do Biblioteki Huntingtona w Pasadenie. Nie miała to być ostateczna wersja, ale substytut, którym będzie się można posługiwać, zanim uda się przekonać zespół z Qumran, żeby udostępnił wyniki swoich prac. Publikacja Wise?a spowodowała w kręgach akademickich burzę, która do dziś nie ucichła. To, że od odnalezienia zwojów do ich opublikowania minęło tak dużo czasu, wynikało zapewne z wewnętrznych akademickich rozgrywek i z polityki rządów Jordanii i Izraela.

Dotychczas w okolicy Qumran na północno-zachodnim wybrzeżu Morza Martwego znaleziono ponad osiemset zwojów. Niewykluczone, że dużo więcej kryje się na wzgórzach Judei, ale obecna sytuacja polityczna uniemożliwia spokojne prowadzenie tam prac archeologicznych. Wielka szkoda, gdyż to, co już znaleziono, daje rzadką okazję przyjrzenia się kilku wiekom świata żydowskiego na przełomie er. Dla Żydów są one portretem ich przodków, dla chrześcijan obrazem świata, w jakim żył Jezus, a dla wszystkich ? informacją, która wzbogaca wiedzę na temat człowieka i tym samym wiedzę na temat nas samych.